sobota, 23 października 2010

Piękna prostota

Byłam w zeszły weekend na bardzo fajnej konferencji dla kobiet, na której Bóg powiedział do mnie, do mojego serca i ducha wiele drogocennych rzeczy. Kiedy jednak dziś modliłam się rano i pytałam, którą z nich mogę się tu z wami podzielić, na prowadzenie wysunęła się zdecydowanie jedna kwestia, powracająca zresztą na tym blogu niby bumerang: Porzucenie tego, co zbędne. Prostota.
*
Nie taka surowa, bezlitośnie praktyczna prostota. Ale taka piękna prostota. Lekka. Dająca odpoczynek i wznosząca oczy ku niebu. Kiedy o tym myślałam, przypomniała mi się estetyka japońska. Ich kwiaty. Ogrody. Pokoje. Wiem, że w obecnych czasach Japonia kojarzy nam się głównie z obcymi bogami i new age'owskim synkretyzmem. Wierzę jednak, że nawet te narody, które w pewnym momencie historii odeszły daleko od swojego Stwórcy, niosą wciąż Jego podobieństwo, jakąś wspaniałą cechę Ojca, którą przekazał On w szczególny sposób tej konkretnej grupie ludzi. Myślę, że jedną z takich cech, które niesie kultura japońska jest właśnie proste piękno. Bóg jest piękny. Najpiękniejszy ze wszystkich i wszystkiego, jest wzorem i źródłem wszelkiego piękna. I choć jest niepojęty i niepoznany i nieskończony, wciąż jest prawdą, że Jego drogi są proste.
*
Na konferencji, jedną z pierwszych rzeczy jakie zapisałam, rozpoznając w nich coś, co Bóg mówi do mnie osobiście, było to, że musimy coś zostawić, aby wejść w coś nowego. Tak jak już wspomniałam, nie jest to pierwszy raz kiedy przerabiam tę lekcję. Poczułam jednak znów przynaglenie i tęsknotę za tym, aby naprawdę zostawić wszystko, co jest tylko niepotrzebnym ciężarem. W sensie duchowym, emocjonalnym, materialnym, w każdym sensie. Żeby moje życie pełne było tej Bożej pięknej prostoty. Aby nie było w nim nic poza tym, co jest darem Boga.
*
Kiedy dziś rano siedziałam przed Tatą niebieskim, zobaczyłam obraz jak zanurzam się razem z Nim w moje życie, tak jak człowiek zanurza się w jakimś składzie z wieloma różnorodnymi rekwizytami. Albo w bardzo starym domu pełnym bibelotów, mebli, przedmiotów - czasem pięknych, czasem niepotrzebnych, czasem drogocennych. Albo jak się daje nura między otoczone tłumem stragany na bazarze w Jerozolimie. Tak więc wyruszyłam razem z Tatą na obchód mojego życia. Nie była to jednak przechadzka dla przyjemności ani wyprawa do muzeum. Wyruszyliśmy razem do ciężkiej ale fascynującej, sumiennej ale niezwykle satysfakcjonującej pracy.
*
Brałam do ręki każdy przedmiot w moim życiu. Każdy sposób spędzania czasu. Każdą książkę. Każdą relację. Każde marzenie. Każde związanie. Każdy mebel. Każdy ręcznik i dywanik. Każdy projekt i pomysł. Każdy kompleks. Każdy kwiatek. Każdą nadzieję. Obracałam trzymany przedmiot w rękach i rozmawiałam o nim z Tatą. Mówiłam co o nim myślę, co czuję, jaki mam do niego stosunek. A Tata dzielił się ze mną swoją perspektywą i mądrością.
*
Następnie oddawałam Tacie trzymany przedmiot, by On zrobił z Nim co zechce. Czasem był to ostatni raz kiedy widziałam tę rzecz - i wtedy czułam ulgę. Czasem składał tę rzecz w moim życiu - ale w innym miejscu niż dotychczas - i wtedy czułam ulgę. Czasem odkładał przedmiot dokładnie tam, gdzie był wcześniej - i wtedy czułam ulgę.
*
Im dalej zapuszczaliśmy się w korytarze mojego życia, robiąc wspólnie remanent wszystkiego co składa się na mnie i moje istnienie, tym większą czułam ulgę. To było uczucie, któremu nie dało się oprzeć. Zaraz po zakończeniu tej wizji, zapisałam w kajeciku, że zaczynam od dziś Remanent w moim życiu. Razem z Tatą niebieskim. Od teraz aż do skutku. Po troszeczku. Być może nie zakończymy go przed odnowieniem wszechrzeczy, ale tęsknię za tym, żeby z każdym dniem, tygodniem i miesiącem doświadczać coraz więcej tej lekkości. Ulgi. Świeżości.
*
Tato, pomóż, aby każdy tydzień przybliżał mnie do tego celu. Ty jesteś wierny Tato. Ty powiedziałeś, że jeśli Tobie powierzę moje sprawy, ziszczą się moje zamiary. Tato powierzam Ci sprawę naszego Remanentu. Powierzam ci każdą moją sprawę. Wierzę, że ziszczą się moje zamiary - zamiary, bo coraz mniej było mnie, coraz mniej świata, coraz mniej ciężaru a coraz więcej Ciebie - ku Twojej chwale i chwale Twojego Królestwa. W imieniu Jezusa Chrystusa. Niech tak się stanie. M

czwartek, 14 października 2010

Tym razem Nowe - Naprawdę Nowe!

Obiecałam niedawno pewnej bardzo drogocennej osobie, że napiszę jej o mojej odwiecznej wizji Nowego Nowego. No dobra. Może nie odwiecznej. Ale co najmniej od-kilkunastoletniej. Jest to coś, co od dawna bardzo porusza moje serce, a teraz w epoce "Nadchodzi-Nowego" oczywiście na nowo mocno się w moim sercu poruszyło. Właśnie wtedy, kiedy miałam zacząć pisać maila, poczułam, że powinnam podzielić się tym nie tylko z nią, ale otwartym tekstem, wszem i wobec, na blogu. Możliwe zresztą, że już kiedyś to zrobiłam, ale tak dawno, że kto by to jeszcze pamiętał...
*
Albowiem kiedyś onegdyś w czasach zamierzchłych miałam na pewnym spotkaniu bardzo przerażającą wizję. Wizja polegała mianowicie na tym, że widziałam skaczącą po ulicy prześliczną małą dziewczynką, z gatunku słodkich blondynek z kucykami, podkolanówkami i lakierkami. No miód po prostu. Dziewczynka jest coraz bliżej mnie, a kiedy jestem już w stanie zobaczyć jej twarz, ogarnia mnie przerażenie: bo oto widzę pomarszczoną twarz staruszki! Koniec wizji. Prosiłam Pana o objaśnienie, ale długi czas nie miałam pojęcia, o co może w tym wszystkim chodzić.
*
Jakiś czas później tłumaczyłam na pewnej konferencji, w mieście Łodzi zresztą. I szanowna mówczyni zwierzyła się, że w jej kościele i okolicy ostatnio mają epidemię snów i wizji na temat dzieci i niemowląt z twarzami starców. Mnie oczywiście zelektryzowało i uszy zrobiły mi się dwa razy większe. Oni też pytali Pana o interpretację i wreszcie ktoś otrzymał tłumaczenie.
*
Chodziło mianowicie o to, że wiele z dotychczasowych nowych ruchów, nowych formuł i nowych pomysłów na kościół było tylko nową formą zewnętrzną tej samej starej rzeczywistości. Dlatego wiele świeżych odkryć po jakimś czasie kostniało i stawało się religią i systemem, takim samym jak ów, z którego się wyłamały.
*
Trochę tak jak z Saulem i Dawidem. Saul został wybrany na króla, bo był wyględny, wygadany, reprezentatywny, no i co tu dużo gadać - wypisz wymaluj na króla. Kiedy Saul został przez Boga usunięty, Samuel poszedł do domu Jessego, aby wybrać jego następcę. Jesse zaczął przedstawiać prorokowi wszystkich swoich synów, którzy spełniali te same kryteria co Saul - którzy w jego rozumieniu nadawali się na króla. Bóg jednak powiedział Samuelowi, że żaden z nich nie jest Jego nowym kandydatem na tron. Jesse był całkiem zbity z tropu - bo nikt inny normalnie nie wchodził już w rachubę. Dawid, Boży wybraniec, był tak bardzo z innej bajki, że kompletnie nie mieścił się nikomu w głowie jako kandydat na króla. Był nie tylko inny, ale inny ze względu na kryteria, których wcześniej nikt nigdy nie brał pod uwagę.
*
Gdyby królem został ktoś z braci Dawida - niby byłby nowy król. Nowy sposób mówienia, nowa fryzura, nowe wady i zalety, nowy wystrój pałacu, nowe zarządzenia, nowe karty historii - ale tak naprawdę ciągle ten samy młyn. Niby Nowe, a nie Nowe. Niby Nowe a Stare i Pomarszczone.
*
Bóg jednak zamyślił powołać w tym właśnie czasie Dawida, aby panował nad Izraelem. Tak samo jak teraz, kiedy tak wiele mówimy o tym, że kończy się czas władzy Saulowej, a zaczyna czas Dawidowej. Teraz Nowe, które nadchodzi, ma być Naprawdę Nowe. Nowe-Nowe!
*
Nie wiem, czy komuś ten wywód cokolwiek objaśnia. W sumie nie nazywam po imieniu na czym Nowość owej Nowości ma polegać. Jakbym się zmóżdżyła, to może nawet coś bym o tym wydusiła z siebie. Ale chyba nie o to chodzi. Jeszcze. Chodzi o wzbudzenie jakiejś takiej tęsknoty. Przebłysku tego, co może być. Cienia uświadomienia sobie jak bardzo Bóg przerasta wszystko, czego oczekiwaliśmy. Wzbudzenie modlitwy o to, by nasze oczy w ogóle patrzyły we właściwym kierunku. Na właściwe kryteria. Abyśmy do wypatrywania Nowego podchodzili z Nową Bojaźnią. Świadomością niewoli naszych stereotypów i tego, że tylko Bóg może nas od nich uwolnić. Aby powstała w nas desperacja odkrycia tego co Naprawdę Nowe. Abyśmy już nigdy nie dali się zachłysnąć i zachwycić dziecku z twarzą starca.
*
Niech tak się stanie Tatusiu! Kieruj naszymi krokami! Otwieraj nasze oczy! Zachwycaj nas Sobą! Porywaj nas Swoją Pięknością, Miłością, Mocą i Innością! Otwieram serce szeroko... odmień mnie i odnów nasz kraj!

niedziela, 3 października 2010

Idzie Nowe!

Hej, to ja! Wreszcie zaczęłam doganiać siebie samą po tych wakacjach... a kiedy doszłam do siebie, spostrzegłam ponad wszelką wątpliwość, że idzie Nowe! Wszystko we mnie i wokół mnie to mówi! Choć jesień za oknem wszystko we mnie w środku śpiewa o przełomie, o wiośnie, o Nowym Życiu. Nie wiem skąd to tak akurat teraz.
*
Może na konferencji w Kaliszu zostało wyprorokowane i uwolnione?
*
Może to przywieziony ze szkoły Dona Pottera zwyczaj codziennego "dokarmiania" (przez błogosławienie, modlitwę w Duchu i uwielbienie) niedożywionego ducha, żeby przejął wreszcie rządy nad stęsknioną jego autorytetu duszą i ciałem.
*
Może to przywieziony z Kalisza zwyczaj brania codziennego duchowego prysznica - codziennego starannego oczyszczenia z grzechów przez pokutę i przyjęcie Bożego przebaczenia, nawet takich "po ludzku" niewielkich przestępstw - z każdego grzechu, który Pan mi pokaże, kiedy proszę Go, żeby mi pomógł w tym procesie. Przecież myjemy się codziennie - i nikt się nie wstydzi, że następnego dnia znów musi się umyć. Taka już natura tego świata. Tak samo jest z brudem duchowym. Osiada na nas. Niewiara, lęk przed człowiekiem, narzekanie, pycha, egoizm. Rzeczy, które oddzielają nas od Pana. Kiedy jednak codziennie bierzemy prysznic - Bóg ma do naszego życia o wiele większy dostęp. Otwiera się nad nami niebo i Bóg jest wszędzie i wszędzie słychać Jego głos!
*
*
A może jeszcze - tak sobie dziś pomyślałam, dotarła wreszcie do nas fala modlitw wielu wytrwałych i pełnych ognia ludzi przed nami, którzy wołali do Pana o to, by serca Jego ludu w tym narodzie wreszcie się obudziły... I wreszcie wielka woda dotarła do nas, porwała nas i wypełniła wołaniem i modlitwą za następnych, którzy jeszcze czekają.
*
Taka jestem ciekawa - czy wy też to czujecie? Czy też jest w was ten dreszcz ekscytacji... że nadchodzi? Czy też wciąż czekacie, a dni nie różnią się jeden od drugiego, aż trudno uwierzyć, że coś się kiedyś zmieni. Gdybym umiała, to bym wam powiedziała... ale niech Duch to zrobi sam. Że każdy, kto teraz już drży z ekscytacji jeszcze wczoraj, przedwczoraj był w miejscu szarych dni i ciągnącego się niemal w nieskończoność oczekiwania... A to miejsce Otwartego Nieba, którym oni się cieszą dziś, stanie się twoim doświadczeniem jutro albo pojutrze...
*
Niech Pan błogosławi każdego Wędrowca, szykującego się do Wyjścia z Egiptu, idącego przez Morze Czerwone, błąkającego się po pustyni czy walczącego o kolejną piędź Ziemi Obiecanej. Pan zna zamiary jakie ma wobec was. Zamiary pełne pokoju a nie zagłady. Nasza Obrona, Tarcza i Moc.

niedziela, 5 września 2010

Gotta Get Closer to God



A więc wróciłam już z wakacji i próbuję się pozbierać. Ostatni wyjazd - w roli tłumacza na warsztaty z Donem Potterem - był dla mnie bardzo wycieńczający fizycznie, ale całkowicie wart włożonego wysiłku (a może nawet bardziej). Potterowie to wspaniale ludzie, pokorni, otwarci, bardzo kochający Jezusa, mądrzy, prawdziwi duchowi rodzice. Jeśli chodzi o tematy poruszane na warsztatach - na pewno można by napisać jakieś obiektywne podsumowanie, ale w sumie były one tak bogate w różne treści i nadprzyrodzone wydarzenia, że prawdopodobnie każdy wyjechał z tego obozu z nieco innym przesłaniem w sercu. Zresztą na samym początku ktoś z prowadzących prorokował, że Bóg będzie w czasie tego wyjazdu dotykał ludzi bardzo indywidualnie i dla każdego będzie miał bardzo indywidualny dar. Świetnie to było widać, kiedy patrzyło się na ludzi stojąc przed nimi w czasie nauczań. Raz po raz, w całkiem innych momentach, pojedyncze osoby w różnych punktach sali zaczynały płakać, chować twarz w dłonie, modlić się, poddawać się Bożym operacjom. Zanim minął tydzień, mało kto pozostał "nietknięty".
*
We mnie osobiście po tym obozie "pracują" w szczególny sposób cztery tematy.
*
Zaufanie vs. kontrola
Bóg w momencie, kiedy oddajemy Mu nasze życie, naprawdę zaczyna nim "zarządzać" - w sposób najmądrzejszy, najlepszy, najwspanialszy, mając pełen obraz sytuacji i najlepsze rozeznanie we wszechświecie. Rządy Jego są jednak na tyle skuteczne, na ile budujemy nasze poczucie bezpieczeństwa w oparciu o to, że Bóg jest godzien zaufania, a nie o to, że sami kontrolujemy naszą sytuację życiową. Don w którymś momencie opowiadał o sytuacji, w której jego życie, na skutek pójścia za Bożym prowadzeniem, całkowicie wymknęło się spod jego (Dona) kontroli. Była to przerażająca sytuacja i Don musiał sobie niemal fizycznie wbijać do głowy, że Bóg jest godzien tego, żeby Jemu w tych właśnie okolicznościach ufać - trochę tak jak Miś Puchatek wbija sobie do głowy łapką, że powinien myśleć. Dla mnie ta historia była jak o mnie. Ileż to już lat uczę się tego, jak ufać Bogu i choć robię trochę postępów, wciąż łapię się na tym, że nie potrafię mieć pokoju, dopóki nie mam wszystkiego ładnie uporządkowanego i pod kontrolą. No i muszę wracać z powrotem "do szkoły" i powtarzać sobie "Ufaj, Madzia, ufaj". Nawet mam już na oknie sypialnianym witrażyk własnej roboty tej właśnie treści: "Ufaj". Tak więc wróciłam z wyjazdu, zaczęłam podejmować desperackie próby ogarnięcia tego, jak miałby wyglądać dla mnie najbliższy rok szkolny... i Duch Święty przypomniał mi po raz kolejny moją ulubioną lekcję, o ufności i o pokoju. O tym, że nie biorę udziału w konkursie na najlepsze życie, ani wyścigu o najlepsze wyniki. Że mogę odpocząć w Bogu. Odnaleźć tożsamość, pokój i przeznaczenie w relacji i codziennej intymnej komunikacji z nim. Ufffff.... ufać.
*
Odpowiedzialność
Ten temat z kolei poruszany był bardziej przez Christine niż przez Dona. W czasie kiedy modliła się za wszystkich obecnych wstawienników, wypowiadała słowa łamiące moc nie Bożego poczucia odpowiedzialności za to, o co się modlimy: o uzdrowienie, nawrócenie, zbawienie. Myślałam, że nie będę już w stanie tłumaczyć, tak bardzo uderzyło to mojego ducha i duszę zresztą też. Nie to, żeby bolało, ale czułam się tak jakby ktoś ściągał mi przez głowę za ciasny i do tego gryzący golf. Z jednej strony to ulga, że to z człowieka złazi, z drugiej strony dopóki nie zlezie, trudno skupić się na czymkolwiek innym, poza tym, że to z człowieka schodzi. Jakoś się jednak udało po krótkim zatkaniu opanować głos. Nie mniej temat dla mnie jest ogromny. Uznać nie tylko w mózgu, ale w serduchu, że to nie ja muszę coś wymyślić, żeby moi bliscy doświadczyli uzdrowienia, uwolnienia czy zbawienia. Że tylko Pan może dotknąć w ten sposób ducha, duszy i ciała człowieka. Że to On jeden leczy złamanych na duchu. I On ma najlepszy czas i pomysły na to, jak to zrobić. A jeśli nie dzieli się ze mną tymi pomysłami (a przynajmniej nie wszystkimi), to pewnie ma ku temu powody - chociażby taki powód, żeby osoba uzdrawiana wiedziała kto ją naprawdę uzdrowił. Z drugiej strony nie jestem też odpowiedzialna za decyzje i wybory drugiej osoby w kwestii tego, jak przyjmuje Boże działanie w jej/jego życiu. Jeśli osoba taka wybiera inaczej niż bym chciała, to nie znaczy, że nie postarałam się odpowiednio mocno, aby ta osoba wiedziała jak wybrać. Nie znaczy, że nie byłam odpowiednio dobrym świadectwem, albo zapomniałam o czymś ważnym. Jestem odpowiedzialna tylko za to, aby być posłuszną Bogu - w modlitwie, w słowie, w działaniu. Uffffff.
*
Sfera prorocza
Choć nie jestem odpowiedzialna za zmianę drugiej osoby, odkryłam, że mogę jej o wiele lepiej usługiwać jeśli otworzę się bardziej, z większą wiarą na sferę proroczą. W czasie obozu tłumaczyłam również sesje zwane "twórczą ekspresją", kiedy to różne osoby przedstawiały jakąś bardzo osobistą formę twórczości - czy to grą na instrumencie, śpiewem, tańcem, ruchem, a obserwatorzy dzielili się wrażeniami na temat tego, jakie ta twórczość niesie przesłanie w Duchu. Na koniec Don dzielił się jakimś proroczym wejrzeniem na temat tej osoby i modlił się za nią. Były to momenty głębokiego duchowego i emocjonalnego poruszenia dla każdej z prezentujących swoją ekspresję osób. Ja zaś, stojąc tam w samym epicentrum wydarzeń przeżywałam tak niezwykłe emocje, że nawet trudno je opisać. Czułam cały ból tej osoby z powodu zranień przeszłości, całą tęsknotę, pasję, determinację i siłę marzeń, które w niej były, czułam zachwyt Boga każdym drogocennym dzieckiem i bogactwem każdego powołania, Jego gniew i ból z powodu każdego cierpienia i wszystkiego co zostało tym osobom ukradzione, Jego ducha walki o przyszłość tych osób. I ryczałam jak norka. Nieraz delikwenci nie byli w połowie tak poruszeni, jak ja. Nieraz byli :) ale nie zawsze. W którymś momencie Pan uświadomił mi, że to coś więcej niż empatia. Że stojąc tam funkcjonuję w sferze proroczej mając wgląd w to co najcenniejsze w tych osobach i w to, co czuje na ich temat Pan. A skoro miałam to tam, mogę to mieć i rozwijać tutaj. A z tego odczuwania może wynikać różnorodność proroczego wstawiennictwa, wsparcia i prowadzenia w służbie tym, do których Pan mnie posłał.
*
"Gotta Get Closer to God" - "Muszę przyjść bliżej do Boga"
Wszystkie powyższe punkty, jak i inne rozmowy na temat tego, że czasy coraz trudniejsze utwierdziły mnie mocno w przekonaniu, że jeszcze nigdy nie potrzebowałam aż tak bardzo przyjść bliżej do Pana. Że skończył się czas ściem i ukrywania słabej relacji z Bogiem wielością barwnej aktywności dla Niego. Że nadchodzi czas takich fałszywych proroków i fałszywych mesjaszy, że na logikę człowiek nie odróżni kto jest kto. Że potrzeba nam duchowego rozeznania i duchowej, a nie duszewnej mocy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej... I właśnie dlatego Gotta Get Closer to God robi się coraz bardziej priorytetowe. Zawsze było na pierwszym miejscu, teraz jednak to pierwsze miejsce robi się coraz ogromniejsze... ;)
*
Ale się napisałam. Może nie ma tym razem tak spójnej puenty jak zwykle, dochodziły mnie jednak głosy żebym koniecznie napisała coś o tym, co było na warsztatach, i tak to właśnie wyszło :) Mam nadzieję, że coś dla siebie w tym znaleźliście... a przede wszystkim, że znajdziecie w ciągu tego roku na nowo, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej swój własny kącik w Bożym sercu... że rzeczywiście bardzo się do Niego przybliżymy wszyscy... Pozdrawiam was gorąco!!! M

środa, 4 sierpnia 2010

Butterfly Circus

Jeszcze a propos przeznaczenia... Jeśli ktoś rozumie po angielsku do bardzo polecam!



sobota, 31 lipca 2010

W kierunku przeznaczenia

Kochani, a więc już minęła połowa wakacji letnich. Wróciłam jakiś czas temu z Ustronia, gdzie byłam na pierwszej, tygodniowej sesji Kursu Podstawowego Instytutu Poradnictwa Chrześcijańskiego (prowadzonego przez Alinkę i Henryka Wiejów). Był to naprawdę wspaniały czas. Cudownie jest wrócić do szkoły :), uczyć się nowych rzeczy, spędzać czas z ludźmi pełnymi pasji do Boga i Jego serca dla innych. Nic nie było jednak wspanialsze niż to, że czułam jak słodko ciąży nade mną mocne poczucie Bożego przeznaczenia.
*
Pewnie już o tym pisałam, ale absolutnie najgorszy czas w moim życiu był wtedy, kiedy pomimo tego, że robiłam bardzo wiele budzących podziw a nieraz i zazdrość rzeczy w służbie Bożej, miałam głębokie poczucie, że nie robię tego, co Bóg naprawdę ode mnie chce - bądź też robię coś, czego Bóg ode mnie nie chce. Co gorsze, z powodu intensywności zaangażowania, nie miałam przestrzeni potrzebnej mi do tego, aby zatrzymać się i usłyszeć od Pana co jest nie tak. W końcu cała moja pasja umarła a jedynym marzeniem po przebudzeniu rano było to, żeby już był wieczór i abym mogła znów pójść spać.
*
W podobny sposób poczucie, że jest się w miejscu, do którego się zostało stworzonym należy na pewno do absolutnej czołówki najwspanialszych przeżyć w życiu. Nie trzeba nawet być już w miejscu docelowym, nie trzeba nawet znać dokładnej nazwy docelowej stacji. Bo ja jeszcze jej nie znam. Coś mi się widzi. Coś mi się marzy. Coś mi się jawi. Nie widzę jednak jasnych konturów, ani nie mam pewności co do konkretów. Już sam jednak fakt, że wiem, iż na pewno jestem na właściwej ścieżce, że jestem na "szkoleniu", na które wysłał mnie sam Pan i On wie jaką ma dla mnie przygotowaną pracę... Piękne!!!!
*
Dwie z uczestniczek warsztatów pracują jako doradcy zawodowi, szczególnie z osobami bezrobotnymi. W ramach rozmów i dzielenia się wspomniały o teście, który pomaga rozpoznać w jakiej grupie zawodowej dana osoba czułaby się najlepiej - do jakiego typu zajęcia jest predysponowana, do czego została stworzona. Po powrocie zarówno ja, jak i moja rodzina zrobiliśmy internetową wersję tego testu. Nieco szokującym, ale i radosnym przeżyciem było odkrycie, że w wynikach wymienione były dokładnie te zajęcia, które robiliśmy, robimy i o których marzymy, aby je robić. To piękne uczucie wiedzieć, że się robi to, do czego zostaliśmy przeznaczeni. Tyle osób wybiera zawód ze względu na pragnienia rodziców, względy finansowe czy brak innych możliwości, bez poniesienia dodatkowych kosztów (przeprowadzki, szkolenia). Nigdy nie jest za późno, aby zmienić tę sytuację - a naprawdę warto, jeśli chce się naprawdę żyć. Jedna z osób ze szkolenia dawała świadectwo o tym, jak rozpoczęła szkolenie w kierunku całkiem nowego - nareszcie właściwego - rodzaju pracy w wieku 43 lat. Teraz jest spełniona zawodowo i w pokoju ze sobą. Nawet w wieku 40, 50 czy 60 lat, dopóki człowiek żyje, warto wrócić na właściwą ścieżkę. Lepiej choć jeden rok żyć naprawdę niż nie żyć tak naprawdę wcale.
*
Bóg przeznaczył nas jednak nie tylko do określonego typu zawodu. Można pracować lub usługiwać zgodnie ze swoim obdarowaniem, ale wciąż nie być w woli Bożej, jako że On przeznaczył dla nas z góry konkretne wspaniałe dzieła, po to, abyśmy właśnie my je wykonali (Ef 2,10). Nikt inny tak naprawdę nie może powiedzieć nam jakie to rzeczy. Tylko Bóg może potwierdzić to w naszych sercach, a On robi to w taki sposób, że nasze serce naprawdę wie. Mocno wierzę, że Bóg poprowadzi nas do bardzo konkretnych miejsc, osób i dzieł, ze względu na swoją dobroć i wierność. Ze względu na to, że obiecał On, że jeśli ktoś będzie prosił Go o mądrość, to ją otrzyma (Jk 1,5). Ze względu na to, że obiecał On, że jeśli ktoś się Go boi, takiemu wskaże jaką drogę wybrać (Ps 25,12).
*
Modlę się tymi słowami codziennie. Za siebie, za Patkę, za społeczność, w której jestem. Teraz modlę się nimi też za każdego z was. Dziś na modlitwie Pan poprowadził mnie również do modlitwy za nas wszystkich jeszcze jednym Słowem, które ma moc obudzić nas z letargu, z bezmyślnego kieraciku, z życia w cichej rezygnacji i rozpaczy gdzieś z dala od tego, co Bóg ma dla nas najlepszego. Nikt z nas nie musi żyć w takim miejscu. Warto powstać, zawalczyć w Duchu i zgodzić się z Bożym wspaniałym marzeniem dla naszego życia. Oby Pan dał nam do tego siłę. Dlatego modlę się w swoim imieniu, w imieniu każdej osoby bliskiej mojemu sercu, jak i w imieniu tych, których nie znam, ale których Pan zna doskonale i ukochał do końca: "Stwórz, o Boże we mnie serce czyste i odnów w mojej piersi ducha niezwyciężonego! Przywróć mi radość z Twojego zbawienia i wzmocnij mnie duchem ochoczym!" (Ps 51,12.14). Niech tak się stanie!

poniedziałek, 5 lipca 2010

O wybieraniu

To bardzo ciekawe, że właśnie w dniu naszych Wyborów, rano, Pan Bóg poruszył mnie niezwykle mocno Słowem na temat wybierania, acz całkowicie innego rodzaju - wybierania o wiele bardziej osobistego, niepozornego, bez pompy, plakatów i wieców, ale za to o wiele bardziej brzemiennego w skutki niż większość innych wyborów, nawet tych prezydenckich.
*

5Mo (Pwt) 30, 15-20
Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście.
Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im - oświadczam wam dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą idziecie posiąść, po przejściu Jordanu.
Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.
*
Kwestia wyboru człowieka jest w samym centrum przesłania Biblii. Bóg mówi, że to od naszego wyboru zależy jakość życia, które prowadzimy. W nas na tę myśl wszystko się buntuje, zwłaszcza kiedy ta wypowiedź adresowana jest bezpośrednio do nagich faktów naszej codzienności. Może dlatego, że bardzo przywykliśmy zwalać winę za nasze bolączki - na rodziców, przyjaciół, rząd, kryzys gospodarczy, Boga. Bo ojciec był alkoholikiem. Bo urodziłem się z taką chorobą. Bo jestem sama. Bo szef w pracy. Bo ONI. Bo ktoś mnie tak zaprogramował i to silniejsze ode mnie.
*
Tymczasem Słowo, które mówi Bóg jest tak samo aktualne dla każdej osoby na świecie: Wybieraj. Nie mówi: teraz jesteś zmęczony, poturbowany, osłabiony, odpoczniesz trochę i potem wybierzesz. Nie, bo jeśli nie wybierzesz teraz, nie będziesz w stanie znaleźć wypoczynku i ukojenia, którego oczekujesz.
*
Wiem, że mamy różne urazy związane z frakcjami chrześcijańskimi, które próbują nam udowodnić, że jeśli spotyka nas w życiu jakiekolwiek cierpienie, jeśli nie jesteśmy uzdrowieni, szczęśliwi i bogaci, to nasza wina, wybór i brak wiary. Rozumiem te urazy, ale nie możemy wylewać dziecka z kąpielą. Ja sama przez jakiś czas zieleniałam z obrzydzenia na słowo wiara, dopóki nie odkryłam w Biblii, że pomimo takich czy innych nadużyć w kościele, i tak wciąż bez wiary nie można podobać się Bogu.
*
W podobny sposób musimy pogodzić się z tym, że Bóg stawia każdego z nas w jakimś bardzo podstawowym miejscu wyboru. Zwykle nie są to te wybory, do których zachęcają nas chrześcijańscy herosi. Cokolwiek byśmy nie robili, istnieje ogromna ilość rzeczy, których nie wybraliśmy i które po prostu nam się zdarzyły. Istnieje dużo sytuacji, w których pomimo tego, że dokonujemy wszystkich właściwych wyborów, Bóg nie działa według obmyślonego przez nas samych scenariusza. Nie jesteśmy uzdrowieni. Nasz przyjaciel umiera. W nieskończoność przedłuża się czas, kiedy szukamy pracy, współmałżonka czy staramy się o dziecko. To, że tak jest, to nie musi być wcale twój wybór ani twoja wina.
*
Nie zmienia to faktu, że w Biblii czarno na białym napisane jest, że Bóg przychodzi do ciebie i mówi: Wybieraj! Wybieraj życie albo śmierć, błogosławieństwo albo przekleństwo, dobro albo zło. Zadziwia mnie to, jak wiele osób stając wobec tego wyboru waha się. Albo co gorsze - bez wahania wybiera śmierć. To nie są ludzie, którzy kochają czynić źle, handlarze narkotyków ani seryjni mordercy . Niektórzy boją się mieć nadzieję. Inni chcą tylko zasnąć, albo jeszcze lepiej, rozpłynąć się w powietrzu i nic nie czuć, a życie kojarzy im się z odczuciem - i to bolesnym. Inni nie chcą przyjąć życia od Boga, węsząc w tym jakiś haczyk. Inni są zmęczeni i obawiają się, że życie oznacza ciężką harówkę. Dla jeszcze innych cierpienie stało się tożsamością. Niektórzy boją się, że wybierając życie, stracą zainteresowanie otoczenia i uprzywilejowaną pozycję. Być może niektórzy z was potrafiliby dopisać jeszcze kilka powodów - z doświadczenia własnego, albo swoich bliskich.
*
Tak więc ten podstawowy wybór, na którym wszystko inne jest budowane, możemy wyobrazić sobie jako sytuację, w której do bezsilnego człowieka przychodzi miłujący go ponad wszystko Bóg i kładzie przed nim dwie kartki. Pakiet "życie" i pakiet "śmierć" i mówi: Wybieraj! Wybieraj życie, abyś żył! My zaś możemy albo wybrać życie i patrzeć jak w tajemniczy sposób rozwija się w naszym życiu Boży plan. Możemy też wybrać ten drugi pakiet. I płakać. I narzekać. I umierać.
*
Jeśli wybierzemy życie - a raczej jeśli będziemy wciąż na nowo konsekwentnie wybierać życie, nie znaczy to, że wszystko zmieni się z dnia na dzień. Ale będzie się zmieniać. Nie zawsze będzie łatwo, ale Bóg będzie nas umacniał i dawał mądrość. Będziemy przemieniani z chwałę w chwałę. Bóg będzie każdą okoliczność wykorzystywał dla naszego dobra. Dojdziemy do celu i siedząc z razem z Jezusem, będziemy z radością patrzeć na owoc naszego życia po tej stronie wieczności.
*
Ja nie jestem herosem ani siłaczem. Nie chcę was namawiać dziś do składania trudnych do spełnienia ślubów. Nie proszę was, abyście znaleźli w sobie siłę, by się sami ogarnąć i coś zrobić ze swoim życiem. Proszę, szczególnie tych, którym jest najciężej. Popatrzcie na dwie kartki, które położył przed wami Bóg. Bóg, który was zna, który rozumie, który zna wyjście. Który oddał za was życie, a teraz prosi abyście to życie wybrali. Proszę was, tak jak Bóg. Wybierzcie życie, abyście żyli.
*
Możecie nawet położyć przed sobą dwie prawdziwe kartki, na których napiszecie "Życie" i "Śmierć". Przeczytajcie fragment, który cytowałam wcześniej. I wybierzcie. Wybierzcie na serio. Nie wiem co będzie dalej. Jakie skutki pociągnie za sobą ten wybór dla waszego życia, ale wiem, że będzie prowadził we właściwym kierunku. Wybierajcie. Wybierajcie wciąż na nowo, tak często jak potrzeba. Nie tylko Prezydenta. Nie tylko kierunek studiów. Nie tylko męża albo żonę. Wybierajcie życie.