niedziela, 29 czerwca 2008

Magda z Ludzką Twarzą ;)

Hello najmilsi. Kolejny niedzielny wieczór po kolejnym pełnym wydarzeń tygodniu. Jestem zmęczona, ale bardzo zadowolona. Tyle działo się dobrego. Tyle Bożego błogosławieństwa i łaski. Tyle Jego prezentów i tyle nadprzyrodzonej mocy do przejścia trudnych sytuacji - i jeszcze nauczenia się z tego czegoś drogocennego. Trochę nie mam siły już pisać niczego mądrego, ale stwierdziłam, że muszę się wyzwolić od takiej wewnętrznej presji, żeby w każdym poście napisać coś bardzo mądrego i głębokiego. Podjęłam dzisiaj decyzję, że będę starała się pisać częściej, nawet gdyby to miało być coś bardzo prostego i krótkiego, ale żebyście wiedzieli, że o was pamiętam, że się za was modlę, że się wami cieszę. I żebyście wy mogli wiedzieć, jeśli czasem o tym zapominacie, że Magda K. też ma ludzką twarz. O jak bardzo bardzo.

*
Dziś miałam spotkanie z jedną osobą, co do którego to spotkania miałam wiele dobrych oczekiwań - szczególnie co do tego ile ja tej osobie będę mogła dać i jak ja wiele będę mogła jej pomóc. Po czym, w związku z niejakim już zmęczeniem materiału po bardzo ekscytującej sobocie i ze względu na najnormalniejszy w świecie atak pychy, dostałam w pierwszej części spotkania całkiem niepoddanego Duchowi Świętemu mowotoku, bardzo "mądrego" i "oświeconego" czym o mało nie spowodowałam całkowitej katastrofy. Chwała Bogu, Jezus dał mi szansę żeby przeprosić i prosic o przebaczenie i kiedy wydawało się, że zadne przepraszanie nie pomoze jednak uratować sytuacji, nastąpił przełom i w ostatecznym rozrachunku moja relacja z tą osobą, kiedy wychodziła była o wiele lepsza, niż kiedy wchodziła. A jeśli się wie jak delikatne są pewne sytuacje w zyciu tej osoby jak i w naszej relacji, to napewno można uznać to za znak Bozej łaski i Jego osobistej interwencji tak samo namacalny jakby pojawiła się w pokoju ręka i zaczęła pisać na ścianie. I prawie tak było. Może nie była to widzialna ręka pisząca widzialne słowa, ale lekcja, której mnie Bóg nauczył była az nadto "widzialna". Nauczka, by zawsze prosić Boga, żeby pokazywał nam zakrytą dla naszych oczu pychę. Nie łudzić się, że w razie co to bez pomocy Ducha jakoś i tak będziemy mogli komukolwiek pomóc. Służyć ludziom i Panu - owszem - bez lęku - ale nie mniej z prawdziwą bojaźnią Bozą. Bóg jest łaskawy. Taki dobry. Taki dobry. Nie wypomina nam naszych grzechów, ale kiedy przychodzimy w pokorze, przebacza i uzdrawia sytuację i jeszcze ją obraca dla dobra. On zawsze jest Panem. On zawsze jest miłosierny. W Nim nie ma potępienia. On pozwala nam czasem popełniać grzechy, abyśmy mogli doświadczać Jego przebaczenia, radości przebaczenia sobie nawzajem i abyśmy nie zapominali, ze choćbyśmy nie wiem jak długo z Nim chodzili to tak samo bez Niego nie mozemy nic, jakby to był nasz pierwszy dzień w Bogu. Pozwala nam narozrabiać i jeszcze potem wyprowadza z tego dobro. On nie ma sobie równych. Jak wielki mamy przywilej być dziećmi takiego Ojca.
*
To by było tyle na dzisiaj od śpiącej Magdy-z-Ludzką-Twarzą. Niech Bóg da wam w tym czasie doświadczać Jego cudownego przebaczenia. Komu wiele przebaczono, ten wielce miłuje. Wielce miłuje bo doświadczył wielkiej miłości. Niech ta miłość dotyka, uzdrawia i uwalnia nasze serca. Dobranoc kochani. Cmok.

środa, 18 czerwca 2008

Kilka słów o odpoczynku

Coś nie wychodzi mi to hucznie zapowiadane częste pisanie... O niepoprawna Magdaleno! Narobiłaś nadziei, a teraz milczysz ;) No, jakoś to tak ze mną jest. Skończył mi się nawał lekcji, więc teraz rzuciłam się w wir robienia rzeczy Które-Czekały-Na-Takie-Czasy-Jak-Teraz. Tak więc spędzam więcej czasu na modlitwie. Więcej czasu biegając po Kabatach. Więcej czasu poświęcam korespondencji i spotkaniom z poszczególnymi wytęsknionymi jednostkami. Więcej czasu na porządki i przemeblowania. I takim sposobem znów nie mam morza czasu. Ale zastanawiam się - czy to chodzi o to, żeby mieć morze czasu? Raczej chodzi o to, żeby mieć czas zajęty właściwymi rzeczami. A coraz większy procent mojego czasu, dzięki Bogu, w moim odczuciu, należy właśnie do tej kategorii, choć ciągle potrzebuje jeszcze wiele wzrastać w tej dziedzinie.

*
Dziś na modlitwie Bóg położył mi na sercu takie słowa: "Nie spiesz się! Nie spiesz się z realizacją swoich wielkich planów i marzeń. Nie spiesz się wykonując codzienne obowiązki. Nie trać czasu i nie leń się, rób gorliwie po kolei zadania dnia i bez lęku podejmuj kroki w kierunku swojego przeznaczenia, ale nie spiesz się! Pośpiech jest jednym z głównych złodziei pokoju duszy!"
*
Myślałam sobie potem, że w Biblii wiele jest pochwał pracowitości i ostrzeżeń o smutnym losie czekającym "leniwca". Ale z drugiej strony przypominało mi się jak wiele jest wspomnień o odpoczynku, wyciszeniu, uspokojeniu, zatrzymaniu się. Bóg obiecuje, że w Nim znajdziemy odpoczynek. Mówi, że w odpoczynku jest nasz ratunek. W czasach Starego Testamentu karą za łamanie szabatu była śmierć, a czas tego świętego odpoczynku nazwany jest znakiem przymierza między Bogiem a Jego ludem. Oczywiście biblijny odpoczynek to coś nieco innego niż wakacje w modnym kurorcie czy gapienie się w telewizor. To uwolnienie od lęku i zmagania, wypływające z głębokiej relacji z Nim - przez którą do głębi naszego jestestwa zaczyna przenikać świadomość, że ktoś potęzny nad nami czuwa, że naprawdę jesteśmy ukochani tacy jacy jesteśmy, że jest ktoś kto nas naprawdę rozumie i nigdy nas nie zostawi. Ze jest z nami Dawca Pokoju i Pociechy, Ten, który wskazuje kierunek i prowadzi po właściwych ścieżkach. Ze jest Ktoś, kto nabył dla nas niebo - i ze przy wspaniałości nieba naprawdę blaknie kazdy brak, którego mozemy doświadczać na ziemi. Nie muszę się juz bać. Niespełnione pragnienia nie muszą mnie paralizować i okradać z radości. Mogę się w Nim ukryć, wtulić się i... odpocząć. W tym odpoczynku mogę wyjść z miejsca intymności z Bogiem i chodzić nawet pośród najbardziej szalonego dnia. Piękne.
*
Z drugiej strony nie chcę, żebyście pomyśleli, ze Bóg jest przeciwnikiem wakacji i rekreacji!!! Pan pragnie zebyśmy w odpowiednich proporcjach korzystali z tego wszystkiego co On dla nas stworzył. On czerpie radość z naszej radości. Kiedyś pamiętam tańczyłam do pewnej melodii. Owszem, chrześcijańskiej, ale trochę takiej pop kulturowej mimo wszystko, bez głębszej treści. Zwykle to jak tańczę to są to pieśni pełne pasji wyznające Bogu moją miłość i uwielbienie. Ale ta piosenka... Nie tańczyłam jej po to, żeby coś Bogu powiedzieć, tańczyłam po prostu dlatego, ze melodia była taka, że same mnie nogi niosły. Baaaaaardzo przyjemne. Przetańczyłam tę piosenkę od początku do końca chyba ze trzy czy cztery razy i stwierdziłam, ze to tak głupio tańczyć tak "bezmyślnie", nic przez to nie wyrażając. I pamiętam, jak głos Boży ostro przerwał to moje myślenie i w sercu wyraźnie rozbrzmiały mi słowa: "Tańcz, proszę!!! Twoja radość z tego tańca jest dla mnie rozkoszą". Miałam wrażenie, że widzę Jezusa jak siedzi w moim fotelu i patrzy na mnie tak jak dumny ojciec patrzy na pląsającą córeczkę, ciesząc się z płomyków radości w jej oczach, z życia i energii, które ją rozpierają, z jej śmiechu, z tego, że jest zdrowa, ciekawa świata, zachwycona istnieniem. Nie musiałam wtedy niczego udowadniać ani dobudowywać idei, która by udowodniła, że moja chwila przyjemności ma jakieś głębsze przesłanie, przez które stanie się możliwa do zaakceptowania przez Boga. Nie. Sam fakt, że ten moment był dla mnie przyjemością sprawiał Mu radość.
*
W tę niedzielę był długo wyczekiwany grill. Piękna sprawa. Wbrew ponurym prognozom pogody, Pan odpowiedział na nasze wołanie i dał nam piękną pogodę i pięknych ludzi, którym mogliśmy służyć, niczym innym jak tylko tym, że mogli przy nas siąść i "odpocząć trochę". Coś zjeść, trochę się pośmiać, poznać nowe osoby, spotkać starych znajomych, nacieszyć się słoneczkiem i przyrodą. Wszyscy byli bardzo zbudowani. A ja najbardziej byłam zbudowana tym jak zbudowany był mój brat... Jego marzenia i wizje zaczynają się po trochu realizować. Co prawda, oczywiście, jak tylko jedne marzenia się zaczynają spełniać, on zaczyna widzieć już następne cele... Nie mniej teraz ma radość z tego, że coś co było przez lata tylko nadzieją i tęsknotą staje się ciałem. I pomimo licznych radości na grillu, żaden nie przebił radości, jaką w siostrzanym sercu budzi radość i powodzenie ukochanego młodszego brata. O ilez bardziej naszą radością cieszy się Ojciec, który jest samą Miłością!
*
Tak więc u progu sezonu wakacyjnego: Nie bójcie się odpoczywać. Nie bójcie robić sobie przerwę. Nie wstydźcie się czystej "bezużytecznej" przyjemności. Ale przede wszystkim i ponad wszystko szukajcie odpoczynku w Nim a nie w bezczynności i bierności. Kiedy będziecie mieli w Nim odpoczynek, nie przegapicie punktu równowagi między pełnym mozolnej pracy życiem faryzeusza a bezowocnym i pełnym porażek życiem leniwca. Kiedy będziecie mieli odpoczynek w Nim, w ogóle niczego nie przegapicie. Nie przegapicie życia. Czego życzę wam i sobie samej :) Całuję M

wtorek, 10 czerwca 2008

Nie pokładajcie ufności w książętach... :)

Ahoj kochani! Tak więc wreszcie nadszedł moment kiedy zaczęło mi po maleńku ubywać lekcji a przybywać czasu. Co prawda czas ten od razu zaczęłam wykorzystywać, więc nie nudzę się i nie odczuwam gwałtownego spowolnienia tempa zycia, ale zmiana w strukturze dnia codziennego bardzo głośno mówi mi o tym, ze idzie nowe! Na przykład dzisiaj, w zwykły dzień w ciągu tygodnia, w środku dnia, mogłam sobie pozwolić na spacerek z Asią i moim bratankiem Natankiem i nawet nie spojrzałam ani razu w ciągu całej tej rekreacji na zegarek! Czyste szaleństwo! Po prostu piękne! W weekend za to byłam w Kielcach, gdzie jak zwykle zostałam zainspirowana, w tematach wielorakich, ale głównie w temacie roli Izraela w Bozym planie czasów ostatecznych jak i roli jaką w tychze Bozych planach dla Izraela odgrywa nasza własna Ojczyzna! Jestem bardzo zachęcona do modlitwy. I w ogóle bardzo zachęcona! Jakby ktoś był bardziej zainteresowany napewno coś znajdzie na ten temat ciekawego na stronie Wieczernika, do której link znajdziecie z boku strony.

*
Zaś zaraz na inaugurację nowych czasów, czyli w zeszłą środę pozwoliłam sobie pójść na Księcia Kaspiana, czego mogliście sie domyślić po tytule tego posta jak i po znajdującym się zaraz pod tymze postem obrazku. Tytuł nie ma bynajmniej oznaczać, zeby sobie nie robić wielkich nadziei co do tego filmu! Bynajmniej!!! Film mi się akurat bardzo bardzo podobał, właśnie dlatego, ze był o tym, ze pokładanie ufności w ludzkiej sile, choćby nie wiem jak potęznej, prowadzi do klęski, a pokładanie ufności w Jezusie, Lwie Judy - tutaj znanym jako Aslan, prowadzi do zwycięstwa. Nawet mała dziewczynka, wyruszająca z lichym sztylecikiem na tysięczne wojsko - jeśli tylko wzięła sobie za obrońcę Boga, nie jest sama. Jej Bóg, jej Ukochany poruszy niebo i ziemię i wszystkie zywioly w jej obronie. A wszystkie te głębokie prawdy przedstawione w porywający pełen efektów specjalnych sposób, tak ze siedziałam przyciskając do piersi torebkę i szeroko otwierając oczy przez cały seans. Oczywiście należy brać pod uwagę, że ja bardzo rzadką chodzę do kina, przez co łatwo na mnie zrobić wrażenie efektami specjalnymi, no niemniej.
*
Wiem, ze niektórzy mówią, że jest tam dużo bardzo ostrej walki i trudno mi sobie wyobrazić pójście na ten film z dzieckiem, ale wiecie... Tym bardziej mi się wydawał ten film zgodny z duchową rzeczywistością. Musimy stoczyć zazarta walkę, aby niewzruszenie ufać Bogu i żeby o naszym zaufaniu świadczył nie tylko emanujący z nas pokój (choć i to jest potężnym świadectwem w tym świecie), ale żeby szły za tym również nasze czyny i wybory. Zaufanie determinuje nasze decyzje i wybór ścieżki, a to determinuje czy wypełnimy Boże przeznaczenie i wolę dla naszego życia. Bardzo ważna sprawa to zaufanie... wydaje się takie ulotne, nieuchwytne, trudne do zdefiniowania. Więc po tym filmie wiemy bardzo jasno, ze to zaufanie to jest twardy, brutalny konkret. Nic słodziutkiego, cieplutkiego i różowego.
*
Wersety o zaufaniu są często naszymi ulubionymi, bo z zaufaniem wiążą się największe obietnice. Od zbawienia włącznie. Ale kiedy znajdujemy się w sytuacji, kiedy musimy naprawdę zaufać Bogu, kiedy wszystko idzie nie po naszej myśli, kiedy podstawy naszej egzystencji są zagrożone, kiedy Duch podpowiada nam, abyśmy zrobili coś na ludzki rozum kompletnie nierozsądnego, wtedy stwierdzamy, że no bez przesady. Mogę zaufać, że Pan da mi bardziej wypasiony komputer, bez którego i tak nie zginę, albo ze Iksiński zadzwoni do mnie dzisiaj, choć jeśli zadzwoni za tydzień, to nie stanie się nic, poza tym, ze będę musiała zrobić pozytek z owocu cierpliwości.
*
Ale że Pan zapewni mi utrzymanie, jeśli wezmę tylko połowę dotychczasowych lekcji, a resztę poświęcę Królestwu? No dajcie spokój, jak tu ufać, przecież Pan Bóg nie wyciągnie pieniędzy z kieszeni i mi nie poda z nieba - ktoś powie. A żebyście się nie zdziwili!!!! Jeśli mam Bożą obietnicę na tę okoliczność, to On zrobi co tylko zechce, żeby dotrzymać słowa, bez względu na to, czy to się mieści w ludzkim rozumie, czy nie. Albo jak człowiek modli się o Bozą zonę czy męza, o uzdrowienie, o zbawienie bliskich, a niebo wydaje się milczeć? Jak tu ufać czekając na coś, bez czego - jak się wydaje naszemu ciału i emocjom - nie mozemy juz wytrzymać ani dnia, ani chwili dłużej? A właśnie, ze mozna. Tak po prostu. Po prostu zaufać. Bo On jest godzien zaufania. A kto Jemu ufa nie będzie zawiedziony. Kto Jemu zaufał nie jest sam. A więc... gdziekolwiek jesteś... szczególnie, kiedy nie wyobrazasz sobie jak mógłbyś teraz zaufać - ufaj! ........... I moze przejdź się na Księcia Kaspiana ;) Uściski. M
*

piątek, 23 maja 2008

Moje Top 50 i Matisyahu

Pod spodem znajdziecie dzisiejszy wpis z wszystkimi nowinami, ale jeszcze, na otarcie łez, ze tak rzadko ostatnio pisałam, przygotowałam na samym dole strony pokaz Top 50 moich ulubiony klipów video, oczywiście chrześcijańskich :) Mam nadzieję że i wam niektóre sprawią radość :)
*
Chyba nie wytrzymam i podzielę się oddzielnie jedną piosenką, która jest tam gdzieś w środku pokazu. Podoba mi się bo jest jednocześnie prawdziwa i bardzo inna. Jak obejrzycie, to zrozumiecie sami co w niej takiego innego :) Wykonawca nazywa się Matisyahu a piosenka ma tytuł "King Without A Crown" (Król bez korony). Ponizej słowa i tłumaczenie. I jeszcze link do teledysku na You Tubie, zebyscie mogli zlokalizować, o którą piosenkę chodzi.
*
http://www.youtube.com/watch?v=hip2i9yHZ38&feature=PlayList&p=D1756CA4EC3C831A&index=1
*
You're all that I have and you're all that I need
Each and every day I pray to get to know you please
I want to be close to you, yes I'm so hungry
You're like water for my soul when it gets thirsty
Without you there's no me
You're the air that I breathe
Say sometimes the world is dark and I just can't see
With these, demons surround all around to bring me down to negativity
But I believe, yes I believe, I said I believe
I'll stand on my own two feet
Won't be brought down on one kneeF
ight with all of my might and get these demons to flee
Hashem's rays fire blaze burn bright and I believe
Hashem's rays fire blaze burn bright and I believe
Out of darkness comes light, twilight unto the heights
Crown Heights burnin' up all through till twilight
Said, thank you to my God, now I finally got it right
And I'll fight with all of my heart, and all a' my soul, and all a' my might
*
[Chorus (2x):]
What's this feeling? My love will rip a hole in the ceiling
Givin' myself to you now from the essence of my being
And I sing to my God, songs of love and healing
I want Moshiach now, time it starts revealing
*
Strip away the layers and reveal your soul
Got to give yourself up and then you become whole
You're a slave to yourself and you don't even know
Want to live the fast life but your brain moves slow
If you're trying to stay high then you're bound to stay low
You want God but you couldn't deflate your ego
If you're already there then there's nowhere to go
If you're cup's already full then its bound to overflow
If you're drowning in the water's and you can't stay afloat
Ask Hashem for mercy and he'll throw you a rope
Looking for help from God you say he couldn't be found
Searching up to the sky and looking beneath the ground
Like a King without his Crown
Yes, you keep fallin' down
You really want to live but can't get rid of your frown
You try to reach unto the heights and wound bound down on the ground
Given up your pride and the you heard a sound
Out of night comes day and out of day comes light
Said nullified to the One like sunlight in a ray,
Make room for his love and a fire gone blaze
Make room for his love and a fire gone blaze
*
And see, I lift up my eyes where my help come from
And I seen it circling around from the mountain
Thunder! You feel it in your chest
You keep my mind at ease and my soul at rest
You're not vexed When I look to the sky where my help come from
And I've seen it circling around from the mountain
Thunder! You feel it in your chest
*
Jesteś wszystkim co mam i wszystkim czego potrzebuję
Kazdego dnia modlę się bym, proszę, mógł Cię poznać
Chcę być blisko Ciebie, jestem tak głodny!
Kiedy moja dusza jest spragniona jesteś dla mnie jak woda

Bez Ciebie nie ma mnie
Jesteś powietrzem, którym oddycham
Świat czasem naprawdę jest ciemny i nic nie widzę
A te demony z kazdej strony, chcą mnie wciągnąć w negatywizm
Ale ja wierzę, tak wierzę, powiedziałem: wierzę!
Stanę mocno na nogach
Nie powalą mnie na kolana

Będę walczył ze wszystkich sił aż te demony uciekną
Promienie żaru Świętego płoną jasno i ja wierzę
Promienie żaru Świętego płoną jasno i ja wierzę
Z ciemności rodzi się światło, na wysokościach pojawia się jutrzenka
Królewskie Wyzyny płonną aż do świtu
Mówię, dziękuje ci Panie - wreszcie załapałem
I będę walczył całym sercem, z całej duszy, ze wszystkich sił
*
[Refren (2x):]
Co to za uczucie? Moja miłość wybije dziurę w suficie!

Oddaję ci całego siebie z głębi swej istoty
I śpiewam pieśni dla mojego Boga, pieśni miłości i uzdrowienia
Pragnę Mesjasza w tej chwili, czas aby zaczęło się objawienie.
*
Zedrzyj wszystkie warstwy tak aby odsłonić duszę
Musisz oddać całego siebie i wtedy będziesz uzdrowiony
Jesteś niewolnikiem siebie samego i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy
Chcesz zyc szybkim zyciem, ale twoje myśli nie nadązają
Jeśli próbujesz dotrzeć wysoko, przygotuj sie ze wylądujesz nisko
Pragniesz Boga ale nie umiałeś spuścić powietrza ze swojego nadmuchanego Ego

Jeśli juz dotarłeś do celu to nie masz dokąd iść
Jeśli twój kielich juz jest pełny, to niczego tam nie wlejesz
Jeśli toniesz i nie mozesz utrzymać się na powierzchni

Błagaj Świętego o zmiłowanie, a on rzuci ci linę na ratunek
Szukałeś pomocy u Boga i twierdzisz ze nie mogłeś Go znaleźć?
Patrzyłeś na niebie i szukałeś w głebinach ziemi
Jak Król bez korony
Tak, ciągle upadasz
Naprawdę chcesz zyc ale nie mozesz pozbyc się kwaśnej miny

Próbujesz sięgnąć wyzyn a wciąz lądujesz na ziemi
Pozbądź się pychy a wtedy usłyszysz głos
Po nocy przychodzi dzień a z dniem nadchodzi światło
Stań się nikim wobec Tego, który jest jak promienne słońce
Zrób miejsce dla Jego miłości i płomienia miłości
Widzisz, ja podnoszę oczy tam, skąd przychodzi moja pomoc
I widzę jak nadciąga z góry
Jak dźwięk grzmotu! To się czuje w piersi.
Umysł jest spokojny, dusza wypoczywa a serce jest wolne od wzburzenia.
Kiedy patrzę tam skąd przychodzi moja pomoc
i widzę jak nadciąga z góry
Jak dźwięk grzmotu! To się czuje w piersi.

*
Podobało się? Jeśli to w waszym stylu to polecam jeszcze tego samego wykonawcy:
http://www.youtube.com/watch?v=vJ5FvaASrs0&feature=PlayList&p=D1756CA4EC3C831A&index=2
Shalom!

Dzieje się :)

Hejka! Zgodnie z obietnicą parę słów w czasie długiego weekendu. To ja dziś pozwolę sobie na ociupinę kronikarstwa, zebyscie wiedzieli nie tylko co mi chodzi po głowie, ale tez co się ze mną dzieje.

*
Z większych wydarzeń to byłam znowu w Kaliszu, zeszły weekend, 17-18 maja. Tym razem było bardziej roboczo niż ostatnio, bo tłumaczyłam dla niejakiego Briana Hayesa, jeśli komuś to coś mówi. Ale jak wiecie, ja tłumaczyć lubię, a w Kaliszu to jakoś nie da się nie zaczerpnąć czegoś za każdym razem, przynajmniej jak się jest Magdą Kwiecień. Jakoś tak to u mnie działa.
*
Rzecz się miała ogólnie, ta którą tłumaczyłam, o ojcowskim sercu Boga, o którym to można mówić tygodniami i nie wyczerpać tematu, nie mówiąc już o tym ile razy trzeba by każdego mówienia wysłuchać, żeby do człowieka dotarło. Więc było dobrze, bardzo dobrze. To co mnie najbardziej dotknęło to to, ze ciągła zajętość i zalataność to znak tego, iż coś w tej dziedzinie ojcowskiej miłości Boga i Jego łaski i miłości jeszcze nie dotarło do naszego serducha. Bo Boże życie ma swoje określone tempo, a to tempo przebiega w rytmie uderzeń Jego serca. Takie jest moje teraz marzenie i modlitwa, żeby żyć w rytmie uderzeń Jego serca, być poruszaną tylko przez Jego pragnienia i prowadzenie i nie dawać się zastraszyć światu, który chce żebyśmy się ciągle wykazywali i przebijali wszelkie normy po to, żeby być zaakceptowanymi i mieć uznanie. Boże uznanie zdobywa się inaczej, bo Bóg jest totalnie nie z tego świata. Nie znaczy to, że służenie Mu nic nie kosztuje, ale motywacje są inne i choć jest brzemię, jest ono lekkie.
*
Może głupio coś takiego pisać w środku (no już nie tak w środku, raczej ku końcowi, dzięki Bogu!) najbardziej zajętego miesiąca w tym roku. Ale choć jeszcze do końca miesiąca wiele do zrobienia, już podjęłąm pewne decyzje i mój wewnętrzny człowiek już żyje inną rzeczywistością.
*
Innym tematem, który przewijał się cały czas w Kaliszu było przebudzenie na Florydzie. Jak nie wiecie co to, zajrzyjcie na god.tv, możecie wejść przez moje linki. Coś co na początku kwietnia miało być pięciodniowym spotkaniem chrześcijan, przerodziło się w półtora miesiąca spotkań pełnych uzdrowień, a są tez świadectwa o wskrzeszeniach. Ludzie z wszystkich stron świata zjeżdżają się, żeby poprzebywać w obecności Pana i zanieść ogień do swoich miast, narodów, kontynentów. Nastawienie w Kaliszu jest ogólnego zachwytu, ale choć to co Pan robi na Florydzie jest cały czas na ustach i ludzie są zainspirowani, to można też usłyszeć takie zdanie, że nie chcemy przebudzenia z Florydy, ale przebudzenie z nieba. Bo przebudzenie nie jest związane z wielkim człowiekiem, wybranym przez Boga według bliżej nam nieznanego klucza . Przebudzenie znaków i cudów jest tam, gdzie znajduje się szczególna Boża obecność i namaszczenie. A to przychodzi z nieba w odpowiedzi na głód Boga tu na ziemi. Modliliśmy się więc wiele o to, żeby Bóg wzbudzał w naszych sercach głód Jego samego. Zeby nas obudził z naszej nijakości i ufności pokładanej w popękanych cysternach, które nie trzymają wody - czyli budowania swojego życia na wszystkim poza Nim samym!!!
*
Kiedy ostatnio oglądałam sprawozdania z Florydy, usłyszałam słowa, które są bardzo aktualne dla mojego życia. Mianowicie, że nijakość i brak obfitości w naszym życiu wynikają często z tego, że odeszliśmy od naszego pierwszego powołania, naszego pierwszego namaszczenia. Bóg daje nam różne dary w miarę jak kroczymy z Nim, ale zwykle jedno jest pierwsze, zarówno pod względem chronologii jak i miejsca jakie zajmuje w naszym przeznaczeniu. Wszystkie inne dary wydają się "nie kleić" i są ciężarem jeśli odejdziemy od tego pierwszego. W ostatnim roku przeżywałam proces wracania do mojego pierwszego powołania, jakim jest tłumaczenie i w ogóle byciem mostem, łącznikiem między różnymi językami, środowiskami, kulturami. Im bardziej stawiam to jako priorytet tym więcej się dzieje, a jednocześnie tym lżej mi na sercu i tym więcej radości i chodzenia w Bożym odpoczynku nawet kiedy kalendarz jest zapełniony po brzegi.
*
Mam już książkę, którą będę tłumaczyć - tym razem jest to powieść!!! Co więcej jest to powieść z dreszczykiem! Nagrodzona Wazną Nagrodą. Oczywiście z jakimś głębokim przesłaniem chrześcijańskim, które już niedługo poznam. Narazie zapoznałam się z grubsza z językiem, który jest w tej książce: rzecz dzieje się bowiem w czasach lekko historycznych na południu Stanów Zjednoczonych, a tam wszyscy mówią pięknym językiem, ale rzadko kiedy przypomina on literacki angielski. Dialekt na dialekcie i dialektem pogania. Czytałam ostatnio o tych facetach, których Bóg wybrał do budowania przybytku Mojżesza na pustyni. I choć robili bardzo praktyczne rzeczy, Bóg namaścił ich swoim Duchem, tak że mieli i mądrość i umiejętność do wykonania tego co mieli do wykonania. Tak sobie myślę, że bardzo mi do tego zadania potrzeba tego samego, bo po ludzku to niełatwe zadania. Ale jestem podekscytowana. Ciekawe co Pan z tego zrobi. Będę pewnie po trochu wam na ten temat donosić. Ale to dopiero pod koniec czerwca. Na razie muszę skończyć rok szkolny i posprzątać trochę po starym porządku.
*
W wakacje mam już dwa wyjazdy "tłumaczeniowe" - najpierw do Zakościela na Szkołę Chwały a potem do Lwówka Śląskiego na obóz absolwentów. Yipee! Okrutnie się cieszę z obu tych okoliczności, choć z każdej inaczej. Z Lwówka, bo wiem, że jest to szczególne miejsce, a ze Szkoły Chwały, bo to cudowna niespodzianka. Oczekuje w obu tych miejscach wspaniałego Bozego działania!!!
*
Wiecie co. Jeszcze wiele mogłabym wam pisać. O wyprawie do Kielc, którą planuję na 7-8 czerwca i z którą wiąże się jedna bardzo ciekawa okoliczność... I o tym co się u nas dzieje w naszej ursynowskiej grupce desantowej... I o pikniku na Pradze... I innych atrakcjach... Juz nie mówiąc o tym co w serduchu ogólnie gra. Ale to chyba zostawię na następny odcinek, bo mi palce się zaraz skończą, a wam oczy ;) Już niedługo będę, wierzę, znów miała możliwość pisać nieco częściej niż 2 razy w miesiącu. Już się cieszę! A póki co, życzę nam wszystkim głodu Boga i znaków i cudów i powrotu do pierwszego namaszczenia i do pierwszej miłości. Bóg jest taki dobry! I nigdy się nie zmienia. Jest Bogiem miłosiernym i łaskawym, jest Bogiem świętym i potężnym i jest Bogiem działającym cuda! Niech Twoje życie będzie nasycone Jego obecnością!!!! Całuję M

niedziela, 4 maja 2008

Światowy Dzień Modlitwy

Dziś chciałam podzielić się z wami jednym z kilku nadchodzących wydarzeń, które w tej chwili Przezywam - i to przez duze "P" :) Jak juz pisałam, koniec roku szkolnego jest dla mnie duzym wyzwaniem i czasu mi starcza jedynie na obowiązki oraz właśnie wyzej wspomniane, Przezywanie.
*
Pierwszym i juz bardzo bliskim wydarzeniem, ktore Przezywam jest Światowy Dzień Modlitwy, a Przeżywam go dlatego moze, ze ostatnio widzę, doświadczam, słyszę o tym jak Bóg wysłuchuje modlitw na skalę, której wcześniej nie znałam. Nie są to modlitwy wysłuchane w ciągu sekundy, ale takie modlitwy, w których ludzie są wierni latami, dzień po dniu, nie widząc zadnych spektakularnych zmian, a po latach nagle człowiek budzi się i widzi taka przemiane, ze to się w głowie nie mieści. Dotyczy to własnej sytuacji duszy, zdrowia, rodziny, relacji, pracy, finansów, ale dotyczy tez miast, panstw i sytuacji miedzynarodowej. Niewiarygodne rzeczy. Więc to bardzo zachęca. Zawsze poruszało mnie to, ze Bóg jest Bogiem nad narodami, ze jest Panem historii i fascynuje mnie, kiedy z perspektywy 20 lat mojego chrześcijaństwa widzę, ze przez modlitwę mozemy zmieniać historię. I choć naszych imion nie będzie w podręcznikach historii, ale w niebie będziemy znani jako History Makers - ci, którzy kształtowali Dzieje.
*
Innym powodem dla którego Przeżywam Światowy Dzień Modlitwy jest to, ze chyba zadna inna impreza nie łączy na wspólnym uwielbieniu i modlitwie tylu róznych "opcji" chrześcijańskich. Bardzo leży mi na sercu jedność chrześcijan i nie chodzi tu o jedność instytucjonalną, ale o to, zeby wszyscy naprawdę, w sercu postrzegali się jako jedno Ciało. Kiedy kościół był jeszcze bardzo młody, w Dziejach Apostolskich widzimy, ze ludzie spotykali się po domach, no bo nie było budynków kościelnych, więc co mieli robić. No i mówiło się, ze ktoś tam jest z kościoła, który spotyka się w domu Stefanasa, albo innego dobrego człowieka. Oczywiście, jak ktoś na stałe spotykał się z pewnym gronem częściej niż z innymi, to tworzyły się jakieś bliższe więzy, ale w sumie podział był bardziej logistyczny niż formalny, a kiedy Paweł zjeżdzał do miasta to cały Kościół w Mieście - np. Kościół w Koryncie, zbierał się, żeby posłuchać, co ma do powiedzenia.
*
Bardzo mi się marzy, żebyśmy postrzegali siebie, jako Kościół w Warszawie i Kościół w Polsce a nie patrzyli na innych na zasadzie "Ci Inni i My". I żeby nam naprawdę na sercu leżało, żeby rósł Kościół w Mieście, a nie tylko nasza mała grupka. Dość mam już tej całej konkurencyjności, zazdrości, zawiści, ambicji, żeby osobiście zapunkcić i przekroczyć jakąś normę, pokazując innym kościołom, ze jesteśmy lepsi. Tej jedności, o której marzę nie osiągnie się jednak przez formalne spotkania teologów i osiągnięcie jedności doktrynalnej. To chodzi o coś, co musi się dokonać w sercu poszczególnego wierzącego, a tego może dokonać jedynie Duch Święty. No i te spotkania, gdzie ludzie ze wspólnot katolickich modlą się razem z Baptystami, a różne wolne kościoły z opcji ruchu wiary i proroczego wstawiennictwa stają razem na uwielbieniu jest dla mnie jednocześnie pierwszym owocem modlitwy o jedność, jak i potężnym narzędziem w dążeniu do niej.
*
No i dlatego, między innymi, są te spotkania dla mnie tak ważne.
*
W Warszawie spotkanie to odbywa się, oczywiście 11 maja, o godz. 11 w w Hali Arena Ursynów na ulicy Pileckiego 122. Informacje na temat spotkań w innych miastach mozna uzyskać podpytując miejscowych pastorów i liderów, albo zaglądając na stronkę http://www.dzienmodlitwy.jezus.pl/. Tam tez znajdziecie więcej na temat historii i wizji Światowego Dnia Modlitwy.
*
Jakby ktoś z warszawiaków chciał się wybrać, ale głupio mu iść samemu, złapcie mnie mailem, to się umówimy. Pozdro! MadziaMadzia

czwartek, 24 kwietnia 2008

Dom na skale

Trochę ostatnio mniej piszę, ale to tylko chwilowe. Im blizej końca roku szkolnego tym bardziej kumuluje mi sie fizyczne zmęczenie. Często wracam wieczorem ze szkoły i prawie prosto idę spać. Wzięłam sobie na ten rok za duzo zajęć - pod wpływem lęku wywołanego niespodziewanym kryzysem finansowym, który dopadł mnie we wrześniu. Ale Bóg jest miłosierny i wszystko wykorzystuje dla dobra. Kryzys posłuzył temu, zeby mnie z moimi lękami skonfrontować i uwolnić z ich niewoli. Jestem więc teraz, chwała Panu, wolna od lęku w tej kluczowej dziedzinie - ale nie od zajęć, które zobowiązałam się prowadzić przez cały rok szkolny. Dzięki Bogu, to juz niedługo, bo większość grup kończy już 2 czerwca i jeszcze po drodze dwa długie weekendy :).
*
Nie wiem, czy juz wiecie, ale w ramach wychodzenia z lęków a takze w ramach odkrywania swoich darów i świadomego kroczenia w nich, o czym sporo tu pisałam, po naradzie z Panem, zdecydowałam, ze od wakacji ograniczę uczenie do godzin przedpołudniowych, a po południu wrócę do tłumaczenia ksiązek chrześcijańskich, po dwóch latach przerwy. Bardzo się cieszę. Cieszę się też, bo chociaż ciałko jest zmęczone, to dusza i duch się mają dobrze i jeszcze wzmocniły się przez niedawną weekendową wizytę w Kaliszu u Jurka i Gosi. Na dodatek w tym samym czasie przyjechali tam kochani ludzie z Kielc więc miałam 2 w 1, podwójną radochę za jednym wyjazdem. Niesamowicie mnie Pan zbudował i zachęcił w tematach tak licznych, ze pewnie będę je tu po troszeńku przy różnych wpisach wyłuszczać przez czas dłuższy.
*
Tuż przed wyjazdem do Kalisza myślałam sobie rano na modlitwie o czymś, co ostatnio stało się niejako motywem przewodnim mojego życia. Niby nic takiego wielkiego i odkrywczego, ale dotarło to do mojego serca z nową siłą i jakoś bardzo leży mi na sercu, żeby się z wami tym podzielić.
*
Siedziałam sobie mianowicie i myślałam o tym, że często kiedy mówimy jakim skarbem dla naszego życia jest Jezus i jak bardzo jest On sensem naszego życia, to tak naprawdę mamy na myśli, że naszym skarbem są zmiany, których dokonał On w naszym zyciu, natomiast sensem naszego zycia, jest nadzieja na dalsze zmiany, których jeszcze oczekujemy, na spełnienie kolejnych potrzeb i pragnień związanych z zyciem na tej ziemi, które dotychczas pozostają niezaspokojone. I kiedy tak siedzialam na modlitwie i cieszyłam się Jego Słowem i Jego obecnością, uświadomiłam sobie, że sensem mojego zycia nie jest i nie moze byc to, co dotychczas od Jezusa otrzymałam, choć jestem Mu za to wdzięczna z całego serca, ani to, ze w Nim jest nadzieja na zaspokojenie takich czy innych pragnień, marzeń czy niedostatków. Sensem mojego zycia jest On sam. Jeśli sensem mojego zycia jest ktokolwiek czy cokolwiek innego, to pozwolę sobie tak się wyrazić, kompletnie bez sensu!!!
*
Wiem, że mam niesamowicie wiele powodów do wdzięczności wobec Jezusa, za to co zrobił w moim życiu i jako przystało na Zachwytka, nieustannie zachwycam się Jego wspaniałymi darami. Dziękuję Bogu, ze kiedy jeszcze Go nie znałam, uchronił mnie przed wczesną ciążą, przed alkoholizmem, przed patologicznym małżeństwem, bo jako nastolatka byłam na najlepszej drodze do takiego właśnie zycia. Uwolnił mnie z uzależnienia od nikotyny. Dał mi łaskę, że mój brat Go poznał wcześnie w swoim zyciu i ze od lat mozemy razem budowac Jego królestwo. Nie posiadam się z wdzięczności, że Pan dał mi tak wspaniałą, Bozą bratową. Jestem Bogu niesamowicie wdzięczna za to, jak wspaniałych mam rodziców. Pan dał mi w całkowicie darmowym prezencie bardzo dobrą znajomość angielskiego, i dar tłumaczenia, którym mogę słuzyć. Dzięki roli tłumacza miałam okazję poznać wielu najbardziej inspirujących i kluczowych przywódców chrześcijańskich w Polsce i na świecie. W ostatnich latach obdarzył mnie przyjaźnią i opieką duchowych mentorów, o których prosiłam Pana z utęsknieniem przez kilkanaście lat. Jestem niesamowicie pobłogosławiona. Ale choć jestem wdzięczna, jednak wiem, że nawet gdyby nie miała tego wszystkiego, On sam byłby moim skarbem, On sam by wystarczył, Jego obecność, Jego miłość, Jego pociecha, Jego głos, nadprzyrodzone przebywanie z Nim w mojej codzienności.
*
Nie muszę tez bać się przyszłości, bo choć modlę się wytrwale i z wiarą o rózne rzeczy, których spełnienia nie dane mi było dotychczas oglądać, to mogę mieć pewność, że choćbym nigdy na tej ziemi nie doczekała się zaspokojenia potrzeb, które we mnią wciąz czekają... to nie ma we mnie lęku ani rozpaczy. Bo to On, On jest sensem mojego życia, a nie to na co czekam. Jestem wolna.
*
I to jest tak wspaniałe w Jezusie. Że jeśli On sam jest sensem naszego życia, nic ale to absolutnie nic nie może sprawić, że się na Boga obrazimy, zawiedziemy się na Nim, nic nie może sprawdzić, że zawiedziemy się na życiu, że się zniechęcimy, bo wszystko może zawieść, z jakichś przyczyn, o których tylko On wie, ale ta jedna rzecz nigdy nie zawiedzie - Jego obecność, dostęp do Niego, przystęp do tego, który jest sensem naszego życia.
*
Kiedy On jest sensem naszego zycia, nic nami nie zachwieje. Dlatego warto co jakiś czas zrobić - dla własnego dobra - przegląd naszych fundamentów i sprawdzić, na jakiej nadziei "zawiesiliśmy" nasze życie. Jeśli na Nim - diabeł nas nie zniszczy. Jeśli na Nim - nikt nie zabierze naszej radości. Jeśli na Nim - nareszcie mozemy przestać się bać.