sobota, 31 lipca 2010

W kierunku przeznaczenia

Kochani, a więc już minęła połowa wakacji letnich. Wróciłam jakiś czas temu z Ustronia, gdzie byłam na pierwszej, tygodniowej sesji Kursu Podstawowego Instytutu Poradnictwa Chrześcijańskiego (prowadzonego przez Alinkę i Henryka Wiejów). Był to naprawdę wspaniały czas. Cudownie jest wrócić do szkoły :), uczyć się nowych rzeczy, spędzać czas z ludźmi pełnymi pasji do Boga i Jego serca dla innych. Nic nie było jednak wspanialsze niż to, że czułam jak słodko ciąży nade mną mocne poczucie Bożego przeznaczenia.
*
Pewnie już o tym pisałam, ale absolutnie najgorszy czas w moim życiu był wtedy, kiedy pomimo tego, że robiłam bardzo wiele budzących podziw a nieraz i zazdrość rzeczy w służbie Bożej, miałam głębokie poczucie, że nie robię tego, co Bóg naprawdę ode mnie chce - bądź też robię coś, czego Bóg ode mnie nie chce. Co gorsze, z powodu intensywności zaangażowania, nie miałam przestrzeni potrzebnej mi do tego, aby zatrzymać się i usłyszeć od Pana co jest nie tak. W końcu cała moja pasja umarła a jedynym marzeniem po przebudzeniu rano było to, żeby już był wieczór i abym mogła znów pójść spać.
*
W podobny sposób poczucie, że jest się w miejscu, do którego się zostało stworzonym należy na pewno do absolutnej czołówki najwspanialszych przeżyć w życiu. Nie trzeba nawet być już w miejscu docelowym, nie trzeba nawet znać dokładnej nazwy docelowej stacji. Bo ja jeszcze jej nie znam. Coś mi się widzi. Coś mi się marzy. Coś mi się jawi. Nie widzę jednak jasnych konturów, ani nie mam pewności co do konkretów. Już sam jednak fakt, że wiem, iż na pewno jestem na właściwej ścieżce, że jestem na "szkoleniu", na które wysłał mnie sam Pan i On wie jaką ma dla mnie przygotowaną pracę... Piękne!!!!
*
Dwie z uczestniczek warsztatów pracują jako doradcy zawodowi, szczególnie z osobami bezrobotnymi. W ramach rozmów i dzielenia się wspomniały o teście, który pomaga rozpoznać w jakiej grupie zawodowej dana osoba czułaby się najlepiej - do jakiego typu zajęcia jest predysponowana, do czego została stworzona. Po powrocie zarówno ja, jak i moja rodzina zrobiliśmy internetową wersję tego testu. Nieco szokującym, ale i radosnym przeżyciem było odkrycie, że w wynikach wymienione były dokładnie te zajęcia, które robiliśmy, robimy i o których marzymy, aby je robić. To piękne uczucie wiedzieć, że się robi to, do czego zostaliśmy przeznaczeni. Tyle osób wybiera zawód ze względu na pragnienia rodziców, względy finansowe czy brak innych możliwości, bez poniesienia dodatkowych kosztów (przeprowadzki, szkolenia). Nigdy nie jest za późno, aby zmienić tę sytuację - a naprawdę warto, jeśli chce się naprawdę żyć. Jedna z osób ze szkolenia dawała świadectwo o tym, jak rozpoczęła szkolenie w kierunku całkiem nowego - nareszcie właściwego - rodzaju pracy w wieku 43 lat. Teraz jest spełniona zawodowo i w pokoju ze sobą. Nawet w wieku 40, 50 czy 60 lat, dopóki człowiek żyje, warto wrócić na właściwą ścieżkę. Lepiej choć jeden rok żyć naprawdę niż nie żyć tak naprawdę wcale.
*
Bóg przeznaczył nas jednak nie tylko do określonego typu zawodu. Można pracować lub usługiwać zgodnie ze swoim obdarowaniem, ale wciąż nie być w woli Bożej, jako że On przeznaczył dla nas z góry konkretne wspaniałe dzieła, po to, abyśmy właśnie my je wykonali (Ef 2,10). Nikt inny tak naprawdę nie może powiedzieć nam jakie to rzeczy. Tylko Bóg może potwierdzić to w naszych sercach, a On robi to w taki sposób, że nasze serce naprawdę wie. Mocno wierzę, że Bóg poprowadzi nas do bardzo konkretnych miejsc, osób i dzieł, ze względu na swoją dobroć i wierność. Ze względu na to, że obiecał On, że jeśli ktoś będzie prosił Go o mądrość, to ją otrzyma (Jk 1,5). Ze względu na to, że obiecał On, że jeśli ktoś się Go boi, takiemu wskaże jaką drogę wybrać (Ps 25,12).
*
Modlę się tymi słowami codziennie. Za siebie, za Patkę, za społeczność, w której jestem. Teraz modlę się nimi też za każdego z was. Dziś na modlitwie Pan poprowadził mnie również do modlitwy za nas wszystkich jeszcze jednym Słowem, które ma moc obudzić nas z letargu, z bezmyślnego kieraciku, z życia w cichej rezygnacji i rozpaczy gdzieś z dala od tego, co Bóg ma dla nas najlepszego. Nikt z nas nie musi żyć w takim miejscu. Warto powstać, zawalczyć w Duchu i zgodzić się z Bożym wspaniałym marzeniem dla naszego życia. Oby Pan dał nam do tego siłę. Dlatego modlę się w swoim imieniu, w imieniu każdej osoby bliskiej mojemu sercu, jak i w imieniu tych, których nie znam, ale których Pan zna doskonale i ukochał do końca: "Stwórz, o Boże we mnie serce czyste i odnów w mojej piersi ducha niezwyciężonego! Przywróć mi radość z Twojego zbawienia i wzmocnij mnie duchem ochoczym!" (Ps 51,12.14). Niech tak się stanie!

poniedziałek, 5 lipca 2010

O wybieraniu

To bardzo ciekawe, że właśnie w dniu naszych Wyborów, rano, Pan Bóg poruszył mnie niezwykle mocno Słowem na temat wybierania, acz całkowicie innego rodzaju - wybierania o wiele bardziej osobistego, niepozornego, bez pompy, plakatów i wieców, ale za to o wiele bardziej brzemiennego w skutki niż większość innych wyborów, nawet tych prezydenckich.
*

5Mo (Pwt) 30, 15-20
Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście.
Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im - oświadczam wam dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą idziecie posiąść, po przejściu Jordanu.
Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.
*
Kwestia wyboru człowieka jest w samym centrum przesłania Biblii. Bóg mówi, że to od naszego wyboru zależy jakość życia, które prowadzimy. W nas na tę myśl wszystko się buntuje, zwłaszcza kiedy ta wypowiedź adresowana jest bezpośrednio do nagich faktów naszej codzienności. Może dlatego, że bardzo przywykliśmy zwalać winę za nasze bolączki - na rodziców, przyjaciół, rząd, kryzys gospodarczy, Boga. Bo ojciec był alkoholikiem. Bo urodziłem się z taką chorobą. Bo jestem sama. Bo szef w pracy. Bo ONI. Bo ktoś mnie tak zaprogramował i to silniejsze ode mnie.
*
Tymczasem Słowo, które mówi Bóg jest tak samo aktualne dla każdej osoby na świecie: Wybieraj. Nie mówi: teraz jesteś zmęczony, poturbowany, osłabiony, odpoczniesz trochę i potem wybierzesz. Nie, bo jeśli nie wybierzesz teraz, nie będziesz w stanie znaleźć wypoczynku i ukojenia, którego oczekujesz.
*
Wiem, że mamy różne urazy związane z frakcjami chrześcijańskimi, które próbują nam udowodnić, że jeśli spotyka nas w życiu jakiekolwiek cierpienie, jeśli nie jesteśmy uzdrowieni, szczęśliwi i bogaci, to nasza wina, wybór i brak wiary. Rozumiem te urazy, ale nie możemy wylewać dziecka z kąpielą. Ja sama przez jakiś czas zieleniałam z obrzydzenia na słowo wiara, dopóki nie odkryłam w Biblii, że pomimo takich czy innych nadużyć w kościele, i tak wciąż bez wiary nie można podobać się Bogu.
*
W podobny sposób musimy pogodzić się z tym, że Bóg stawia każdego z nas w jakimś bardzo podstawowym miejscu wyboru. Zwykle nie są to te wybory, do których zachęcają nas chrześcijańscy herosi. Cokolwiek byśmy nie robili, istnieje ogromna ilość rzeczy, których nie wybraliśmy i które po prostu nam się zdarzyły. Istnieje dużo sytuacji, w których pomimo tego, że dokonujemy wszystkich właściwych wyborów, Bóg nie działa według obmyślonego przez nas samych scenariusza. Nie jesteśmy uzdrowieni. Nasz przyjaciel umiera. W nieskończoność przedłuża się czas, kiedy szukamy pracy, współmałżonka czy staramy się o dziecko. To, że tak jest, to nie musi być wcale twój wybór ani twoja wina.
*
Nie zmienia to faktu, że w Biblii czarno na białym napisane jest, że Bóg przychodzi do ciebie i mówi: Wybieraj! Wybieraj życie albo śmierć, błogosławieństwo albo przekleństwo, dobro albo zło. Zadziwia mnie to, jak wiele osób stając wobec tego wyboru waha się. Albo co gorsze - bez wahania wybiera śmierć. To nie są ludzie, którzy kochają czynić źle, handlarze narkotyków ani seryjni mordercy . Niektórzy boją się mieć nadzieję. Inni chcą tylko zasnąć, albo jeszcze lepiej, rozpłynąć się w powietrzu i nic nie czuć, a życie kojarzy im się z odczuciem - i to bolesnym. Inni nie chcą przyjąć życia od Boga, węsząc w tym jakiś haczyk. Inni są zmęczeni i obawiają się, że życie oznacza ciężką harówkę. Dla jeszcze innych cierpienie stało się tożsamością. Niektórzy boją się, że wybierając życie, stracą zainteresowanie otoczenia i uprzywilejowaną pozycję. Być może niektórzy z was potrafiliby dopisać jeszcze kilka powodów - z doświadczenia własnego, albo swoich bliskich.
*
Tak więc ten podstawowy wybór, na którym wszystko inne jest budowane, możemy wyobrazić sobie jako sytuację, w której do bezsilnego człowieka przychodzi miłujący go ponad wszystko Bóg i kładzie przed nim dwie kartki. Pakiet "życie" i pakiet "śmierć" i mówi: Wybieraj! Wybieraj życie, abyś żył! My zaś możemy albo wybrać życie i patrzeć jak w tajemniczy sposób rozwija się w naszym życiu Boży plan. Możemy też wybrać ten drugi pakiet. I płakać. I narzekać. I umierać.
*
Jeśli wybierzemy życie - a raczej jeśli będziemy wciąż na nowo konsekwentnie wybierać życie, nie znaczy to, że wszystko zmieni się z dnia na dzień. Ale będzie się zmieniać. Nie zawsze będzie łatwo, ale Bóg będzie nas umacniał i dawał mądrość. Będziemy przemieniani z chwałę w chwałę. Bóg będzie każdą okoliczność wykorzystywał dla naszego dobra. Dojdziemy do celu i siedząc z razem z Jezusem, będziemy z radością patrzeć na owoc naszego życia po tej stronie wieczności.
*
Ja nie jestem herosem ani siłaczem. Nie chcę was namawiać dziś do składania trudnych do spełnienia ślubów. Nie proszę was, abyście znaleźli w sobie siłę, by się sami ogarnąć i coś zrobić ze swoim życiem. Proszę, szczególnie tych, którym jest najciężej. Popatrzcie na dwie kartki, które położył przed wami Bóg. Bóg, który was zna, który rozumie, który zna wyjście. Który oddał za was życie, a teraz prosi abyście to życie wybrali. Proszę was, tak jak Bóg. Wybierzcie życie, abyście żyli.
*
Możecie nawet położyć przed sobą dwie prawdziwe kartki, na których napiszecie "Życie" i "Śmierć". Przeczytajcie fragment, który cytowałam wcześniej. I wybierzcie. Wybierzcie na serio. Nie wiem co będzie dalej. Jakie skutki pociągnie za sobą ten wybór dla waszego życia, ale wiem, że będzie prowadził we właściwym kierunku. Wybierajcie. Wybierajcie wciąż na nowo, tak często jak potrzeba. Nie tylko Prezydenta. Nie tylko kierunek studiów. Nie tylko męża albo żonę. Wybierajcie życie.

czwartek, 24 czerwca 2010

Przedwakacyjny nastrój Madzi

Hej kochani, coś wygląda na to, że zbliżają się wakacje. Wakacje zawsze kojarzą mi się ze zmianą. Od lat nie pamiętam wakacji, po których wszystko byłoby tak samo jak dawniej. Nic więc dziwnego, że i to lato rozpoczynam pełna oczekiwań i nadziei...
*
Rok był pełen wydarzeń, z których jednym z najważniejszych była obecność Patrycji - nieustanne źródło Bożych lekcji dla Madzi :) Ucierania nosa, rozciągania, poszerzania horyzontów, porządku w priorytetach. Powstała w tym czasie w moim sercu świeża pasja i wizja na przyszłość - a choć to dopiero początki, już teraz tak wiele się dzięki temu nauczyłam, tyle nawiązałam nowych kontaktów, tak bardzo zmieniło się moje wyobrażenie o tym, co możliwe a co niemożliwe w moim życiu. Zaczęłam z Bożego polecenia robić różne rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłam. Czasem wiem jasno czemu one służą (albo przynajmniej tak się łudzę), czasem mam o tym bardzo mgliste wyobrażenie - jeśli w ogóle. Czuję się bardzo Abrahamowo. Mam coraz więcej pokoju. Coraz bardziej ufam Bogu. Jeszcze maleńko, ale coraz bardziej.
*
Jedną z takich rzeczy, które jednocześnie zadziwiły mnie i zachwyciły, było to, że dostałam od Pana Boga rok urlopu macierzyńskiego - aby zająć się moją dwójką "dzieci" - nabierającą sił Patrycją i młodziutką wizją na dalsze życie i służbę. Myślałam o tym, żeby ograniczyć uczenie i żyć głównie z tłumaczenia. Okazało się jednak, że przed końcem roku szkolnego z żadnych zobowiązań nauczycielskich nie uda mi się wycofać. Zamiast tego - wbrew moim planom, przez cały rok szkolny nie dostałam ani jednego normalnego zlecenia na tłumaczenie książki. Przez wiele lat nie miałam nawet tygodnia przerwy między książkami, a tu nagle cały rok ciszy. Aż zastanawiałam się, czy nie było jakiegoś zjazdu wydawców chrześcijańskich, gdzie postanowiono wspólnie zbojkotować moją skromną osobę. Bóg tymczasem przez cały rok wspaniale nas zaopatrywał. Może nie odłożyłyśmy na zagraniczne wczasy ani dzikie luksusy, ale starczyło i na jedzonko i na przyjemności. A dokładnie po roku worek z tłumaczeniami rozsypał się - i tak jak przed zeszłymi wakacjami zlecenia się urwały, tak teraz wszystko wróciło do normy.
*
Nie wiem, czy do was przemawia to wszystko równie mocno jak do mnie. Może trzeba z tego żyć i zajmować się tym na co dzień. Ale uczucie jest niesamowite. Tak bardzo mocno doświadczyłam tego, że oddałam Panu moje życie do dyspozycji a On nim teraz naprawdę dysponuje. Cudowne. Ekscytujące. Napełniające zdrową Bożą bojaźnią. Tym bardziej nie mogę się doczekać tego co będzie dalej. Tym bardziej z nadzieją wyczekuję wakacji. Tym bardziej nie chcę zostać na obrzeżu tego, co Bóg może i pragnie zrobić z moim życiem. Chcę wszystkiego, co On przygotował. I want it all. Wszystkiego, co pochodzi z Jego ręki.
*
A wy? Czy dla was oczekiwanie zmiany też jest oczekiwaniem radosnym? Modlę za nas wszystkich z całego serca, aby Tata uleczył nasze serca i dał nam usunąć lęk i niepewność z naszego myślenia o jutrze. My możemy zawieść. Ale On nie zawiedzie. A to dobra wiadomość - bo odkąd oddaliśmy Mu nasze życie, On nim naprawdę dysponuje. On jest zwycięzcą. On panuje. On ma ostatnie słowo. On jest dobry. On jest miłością. On oddał życie, aby nam się udała cała wieczność. Pozdrawiam, M

czwartek, 27 maja 2010

Bóg nas wychowuje

Ostatnio bardzo mnie porusza słowo przeczytane w Biblii, które mówi o tym, że Bóg jest naszym Wychowawcą. Rzuciłam nawet takie hasło w czasie jakiegoś dzielenia, ale spotkało się ono z dość daleko idącym niezrozumieniem, a czasu nie wnikanie w temat niestety nie było. Mojemu rozmówcy stwierdzenie to skojarzyło się bowiem wyłącznie z kwestią dyscypliny, korekty i karcenia.
*
Wydało mi się to dość przedziwne, jako że dla mnie to określenie znaczy od początku coś całkiem innego. Dla mnie jest to raczej kwestia kształtowania charakteru, kucia losu, formacji. Coś podobnego do sytuacji bardzo dobrego trenera, który bierze młokosa pod swoje skrzydła i "robi z niego" doskonałego sportowca. Bóg "robi z nas" kogoś doskonałego. Kiedy tylko w prostocie przychodzimy do Niego i od Niego oczekujemy prowadzenia i pomocy, On sam dba o to, by wszystko w naszym życiu przygotowywało nas i prowadziło do miejsca, w którym doskonale wypełnimy cel naszego istnienia.
*
A my tak bardzo miotamy się, próbując znaleźć najlepszy program na doskonalenie naszych umiejętności. Tak bardzo staramy się nauczyć wszystkiego, czego powinniśmy się nauczyć. Szukamy metod, sposobów i pomysłów. Tak bardzo zastanawiamy się czy robimy już wystarczająco dużo. Kiedy indziej jesteśmy dumni bądź też przytłoczeni odpowiedzialnością za to, jak "formujemy" ludzi powierzonych naszej opiece w małej grupce.
*
A prawda jest taka, że Bóg może - jeśli taka Jego wola - włączyć określony kurs, dyscyplinę czy program formacyjny w proces wychowania nas, ale to On nas sam nas wychowuje i wykorzystuje do tego naprawdę wszystko. Nasze sukcesy i porażki. To jakich ludzi stawia na naszej drodze. Swojego Ducha porywającego, inspirującego albo ostrzegającego naszego ducha. Cierpienie. Radość. Rzeczy, których się nie spodziewaliśmy jak również brak tych rzeczy, których oczekiwaliśmy.
*
Tak wielką ufność pokładamy w tym, co "my możemy ze sobą zrobić" albo jak możemy "ukształtować charakter" innych osób. Owszem, mamy podejmować aktywne kroki w posłuszeństwie Bogu, ale nie przestaje mnie zachwycać i zaskakiwać to, że najważniejsze wydarzenia w moim życiu, w życiu mojej rodziny i wspólnoty, to te, których nikt z nas nie planował. Tylko Tata o nich wiedział.
*
Mogliśmy mieć niesamowite plany "na najbliższą pięciolatkę" i może nawet je zrealizowaliśmy, ale i tak patrząc w tył okazuje się, że najistotniejsze zmiany nie miały nic wspólnego z naszymi własnymi planami. Tak jak w życiu naszego narodu... niedawna tragedia. Tak jak w moim życiu... Patrycja. I wiele innych mniejszych i większych codziennych kroków, które Bóg podejmuje wobec nas, abyśmy dobiegli do celu i to z jak największą klasą. On jest naszym Wychowawcą.
*
To nie kojarzy mi się z korektą, choć i ona ma swoje miejsce w całym procesie. To kojarzy mi się z inwestowaniem we mnie. Kojarzy mi się z najmądrzejszym i najbardziej efektywnym trenerem, doradcą, mentorem. Z moim Stwórcą, który nie przestaje mnie tworzyć i który - w przeciwieństwie do mnie - zawsze i naprawdę wie co robi.
*
To imię Boga - Wychowawca - to dla mnie odpoczynek. Niech będzie także odpoczynkiem dla was, szczególnie w tych chwilach, kiedy frustrujecie się widząc, że jesteście jeszcze tak daleko od celu, o którym marzy wasz duch. Nawet wtedy, kiedy my sami nie wiemy co moglibyśmy zrobić, aby pójść do przodu, nasz Tata wie... i wykorzystuje każdy dzień naszego życia, nawet to, co wydaje się szare, trudne i przyziemne, aby nas przybliżać do naszych marzeń i celu.

środa, 12 maja 2010

Przycupnęłam

Cześć kochani! Dawno mnie tu nie było i tak w sumie dziś też przyszłam tylko po to, żeby się trochę wytłumaczyć z milczenia. Otóż nie umarłam, nie przestałam patrzeć z nadzieją i wiarą na świat i nie odcięli mi internetu. Milczę... bo tak jakoś mi dusza przycupnęła i bardziej czeka niż tworzy i działa.
*
Na początku ostatniego miesiąca w dużej części czułam się jakby mnie ktoś włożył przez pomyłkę do pralki. Wydarzenia narodowe i prywatne sprawiły, że świat mi wirował. Nawet nie tak bardzo bolało, co wszystko wciąż i wciąż stawało do góry nogami, a kiedy już wylądowałam to musiałam zatrzymać się nisko przy ziemi, żeby odzyskać równowagę, no i tak już mi chwilowo zostało.
*
Pan Bóg przykrył mnie ręką a ja dałam się przykryć. Napełniam się pokojem i zgodą na to, że mogę nie wiedzieć i nie zawsze być hej do przodu. Odpoczywam i czekam, nasłuchuję. Trochę jakbym nasiąkała promieniami słońca, tylko zamiast ciepła i blasku wchłaniam uciszenie i mądrość - tak mi się wydaje.
*
Nie czuję się przez to mądra, nabieram za to coraz głębszego przekonania i zaufania, że Boża mądrość zdoła nawet mnie przeprowadzić bezpiecznie i owocnie przez życie. Przyjdzie znów czas na działanie. Coś się lęgnie. Jakiś następny krok, jakieś dzieło. Tymczasem, żeby się wylęgło, potrzeba jeszcze chwili czasu, jeszcze odrobiny ciszy, jeszcze trochę upajania się Bogiem i oddawania Jemu kontroli.
*
Wrócę tu. Zawsze wracam. Takie są rozkazy :) Pozdrawiam was tymczasem serdecznie i słonecznie. Niech lęgnie się w was tej wiosny wszystko co Boże i piękne :) Uściski, M

wtorek, 6 kwietnia 2010

Stare troski i nowa perspektywa

Przeczytałam ostatnio ciekawą anegdotę o pewnym trenerze amerykańskim. Nie jestem bardzo biegła w tych kwestiach więc nie zapamiętałam czy chodziło o baseballa, koszykówkę czy football, no w każdym razie jeden z tych sportów zespołowych, które budzą tak wiele emocji wśród Amerykanów. Drużyna, którą ów trener się opiekował, właśnie odniosła miażdżącą porażkę w meczu transmitowanym na cały kraj. W szatni zastał załamanych zawodników, po których twarzach widać było, że czują się jakby świat się skończył i niebo spadło im na głowy. Taki wstyd! I to na oczach WSZYSTKICH. Popatrzywszy na nich trener powiedział: Chłopaki. Musimy na to spojrzeć z odpowiedniej perspektywy. Pomyślcie tylko o tym, że na świecie żyje miliard Chińczyków, z których żaden nie wie nawet o tym, że taki mecz w ogóle miał miejsce!
*
Bardzo mi się ta anegdota spodobała, bo pomijając kwestie tego jak często naprawdę robimy z igły widły, to opowiastka powyższa przypomina mi o tym jak małe są nawet największe widły, jeśli popatrzeć na nie z Bożej perspektywy. To znaczy, że nawet sprawy naprawdę ważne i istotne, z perspektywy Boga i życia wiecznego i tak stają się niewielkie i nie warte aż tak wielkich nerwów.
*
Dla przykładu, byłam ostatnio na nabożeństwie dziękczynnym za życie naszego przyjaciela Ricka, który na początku tego roku odszedł do Domu. Jego żona mówiła o tym, jak mocno odczuwali, że czas choroby i związanego z nią cierpienia przygotowuje Ricka do następnych, bardziej odpowiedzialnych zadań. I faktycznie, wielu z tych, którzy spotykali go w tamtym czasie potwierdzało, że nastąpiła w nim przemiana tak głęboka i poruszająca, że stał się on w swoim charakterze bardziej podobny do Jezusa niż ktokolwiek, kogo znali w swoim życiu. Wszyscy myśleli, że fakt, iż Rick jest przygotowywany do nowych zadań równoznaczny jest z obietnicą uzdrowienia. Kiedy jednak sprawy potoczyły się inaczej, Pan przypomniał bliskim Ricka, że on sam często nauczał o niebie i o wieczności - i o tym, że kiedy powstaniemy do życia z Jezusem to nie będziemy leniuchować i obijać się na obłoczkach, tylko będziemy wraz z Nim zarządzać ziemią i troszczyć się o nią. I to do tych zadań Bóg przygotowywał Ricka. Jak bardzo małe jest często nasze myślenie!
*
Ostatnio trzymanie właściwej perspektywy, a raczej uwalnianie się od starej perspektywy jest bardzo mi potrzebne. Wiem, że pewien etap mojego życia się kończy i zanim minie 2010 będę w innym miejscu. Nie wiem tylko który z drogowskazów prowadzi do tego miejsca. Zmieniają się moje codzienne zajęcia, relacje. Decyzje i zmiany - to ekscytacja i poszukiwania, ale także błędy, do których mało kto, poza Bogiem, ma cierpliwość. Wiele powodów do radości i wielkich nadziei, ale też i niepewności i poczucia winy. Tak, to bardzo dobry moment na to, żeby całkowicie zmienić perspektywę i na nowo wypuścić z rąk kontrolę nad swoim życiem, powierzając ją Temu, który wie najlepiej i który się o nas troszczy. Czas, aby jeszcze raz Mu zaufać i jeden po drugim oddawać Mu swoje troski i pozwolić, aby poszybowały do nieba jak kolorowe baloniki. A wtedy można zamknąć oczy i nareszcie naprawdę odpocząć, podczas gdy uśmiech sam niepowstrzymanie wkrada się nam na usta. Czy już kiedyś tego naprawdę doświadczyliście? To zadziwiające, że dla tych, którzy nie znają tego odczucia, oddawanie trosk Bogu jest tylko abstrakcyjnym religijnym sloganem... Podczas gdy jest to doświadczenie tak bardzo praktyczne, a jego efekty tak namacalne. Czym jest dla was?
*
Dziś modlę się za nas wszystkich o całkiem nowe doświadczenie - o ciągłe doświadczanie - nowej, Bożej perspektywy i prawdziwego oddania w Jego ręce naszych ciężarów... A pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum niech strzeże naszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. Pozdrawiam gorąco! M

piątek, 19 marca 2010

On otwiera drogę tam, gdzie nia ma drogi

Mimo całej mojej "zachęcającości", muszę przyznać, że życie potrafi się nieraz nieźle poplątać i kusi człowieka, żeby się poddać i schować pod stół albo łóżko, w nadziei, że nikt nas tam nigdy nie znajdzie. Ja na przykład miałam w tym tygodniu taki jeden poranek, kiedy czułam się jakbym znalazła się nagle w samym środku bezkresnego pola sięgających mi mniej więcej do kolan kłujących i czepliwych krzaczków, które rozrywały mi sukienkę, dziobały w skórę. Było źle, niewygodnie i nie widać było drogi wyjścia. Nie wiadomo było nawet gdzie postawić następny krok, albo choćby zmienić nieco pozycję. Kompletna bezsilność i przytłoczenie.
*
Kiedy jednak tak siedziałam, (w ramach poniekąd mojego porannego czasu z Panem) z twarzą ukrytą w dłoniach i w wewnętrznej ciemności, przypomniała mi się pewna przygoda małych bohaterów Opowieści z Narnii, konkretnie z historii o Księciu Kaspianie. Jest taki moment, kiedy dzieci nie widzą drogi na drugą stronę wąwozu, przez który muszą się przedostać, aby spotkać się z Kaspianem. Większość towarzystwa zaczęła szukać po ludzku sposobów na pokonanie owej przeszkody - wszystkie jednak dobrze zapowiadające się drogi okazały się prowadzić donikąd. Łucja natomiast zobaczyła Aslana - królewskiego lwa, który powiedział jej, aby szła w kierunku, gdzie nie było widać żadnej drogi, tylko przepaść. Cała gromadka zdecydowała się pójść tą drogą dopiero, kiedy wszystko inne już zawiodło - bo co mieli do stracenia. Dopiero kiedy doszli na sam brzeg przepaści, okazało się, że prowadzi w tym miejscu w dół wijąca się zygzakami po stromym zboczu ścieżka, która bezpiecznie pozwoliła im dotrzeć do celu.
*
W podobnym temacie - ostatnio na naszym niedzielnym spotkaniu jeden chłopak z naszego kościoła dzielił się tym jak Bóg przemówił do niego przez znajdujący się na szybie napis "Wyjście Ewakuacyjne". Okno, na którym znajdował się ten napis było z zewnątrz zabezpieczone mocną żelazną kratą. Pomyślał sobie, że chociaż napis mówi, że jest wyjście, to wyjścia tak naprawdę nie ma. Skojarzyło mu się to - podobnie jak pewnie kojarzy się nam - z tym jak się nieraz czujemy w naszym życiu, kiedy wiemy, że Bóg mówi o rozwiązaniach dla naszego życia, a my naszymi fizycznymi oczami i ludzkim rozumem tych rozwiązań nie widzimy i nie doświadczamy. Kiedy jednak ów chłopak podszedł bliżej zobaczył, że krata ta zamontowana była na zawiasach i nie była zabezpieczona żadną kłódką. Wystarczyło lekko pchnąć ręką, żeby już znaleźć się na zewnątrz.
*
W każdym z tych przypadków tam, gdzie nie widać było drogi, wystarczyło podejść bliżej, bliżej miejsca, które wskazuje Bóg, żeby zobaczyć ścieżkę, która bezpiecznie zaprowadzi nas do celu.
*
Kiedy tak siedziałam tamtego dnia rano, i razem z całym moim bagażem poczucia bezsilności i smutku starałam się przyjść jak najbliżej i przytulić do Jezusa, gdzieś na dnie mojej duszy pojawiła się pewność, że jest droga. Że Jezus zna drogę. Że Jezus jest drogą. Dalej nie widziałam. Dalej bolało. Ale już było takie miejsce we mnie, do którego mogłam pójść, odpocząć, gdzie mogłam się ukryć i uspokoić i wiedzieć, że przejdę na drugą stronę. I faktycznie - nie od razu, ale jeszcze tego samego dnia zobaczyłam ścieżkę tam, gdzie jej wcześniej nie było. A następnego ranka ścieżka zaprowadziła mnie do miejsc, skąd rozciągały się całkiem nowe, rozległe i zachwycające krajobrazy.
*
Wiem, że to wszystko może brzmieć tak prosto i trywialnie... Ale ze spotkań z ludźmi wiem, że jest możliwe, aby zostać przez całe lata pośrodku pola kłujących krzaków, klęcząc pośród szarpiących ubranie i kaleczących skórę gałązek, wierząc, że - tak jak mówią nam nasze oczy - nie ma dla nas żadnego wyjścia. A wtedy już nie jest trywialnie i prosto. Wtedy jest tragedia. Bez względu na to jednak, jak długo jesteśmy w tym położeniu, w każdej chwili możemy podejść bliżej tego miejsca, gdzie Bóg mówi, że znajdziemy wyjście. Podejść bliżej - wbrew wszystkiemu.
*
Niestety nie powiem ci, gdzie w twoim życiu jest to miejsce, bo On mówi do każdego z nas osobiście. Prowadzi każdego z nas indywidualnie. Ja sama nie umiem tak naprawdę wytłumaczyć, skąd ja wiem, gdzie to miejsce jest i jak ja się tam dostaję. Ale wiem, że jeśli wezwiesz Jego pomocy, i będziesz cicho nasłuchiwać - On ci powie. Nie czekaj, aż uporasz się z bólem i poczuciem bezsilności. Nie czekaj, aż poczujesz się odpowiednio pełen wiary i siły, żeby stawić się na audiencji u Króla. W tym miejscu, w którym jesteś, ze środka pola beznadziei, zawołaj do Niego i czekaj, aż wyczujesz muśnięcie Jego obecności... I wtedy podejdź bliżej.
*
Pozdrawiam was serdecznie. Niech was wszystkich Pan prowadzi na drugą stronę każdego wąwozu, który będziecie jeszcze musieli przekroczyć w swoim życiu. On zna drogę. On jest drogą. On otwiera drogę, tam gdzie nie ma żadnej drogi.