niedziela, 13 stycznia 2008

A nadzieja zawieść nie może!!!

Witam was niedzielnie. Niedziela to czas żeby złapać oddech pośrodku bardzo dziko zajętego tygodnia. Testy, raporty, koniec semestru. Jeszcze do czwartku będzie szaleństwo i moim prostym marzeniem jest kończyć sprawy pracowe najpóźniej o 22.00, żeby móc się dobrze wyspać do 5.00 następnego dnia... I tak w kółko... ale to tylko do czwartku.
*
Tak jak wcześniej byłam zadziwiona tym, że po rozmowie z moim sąsiadem (tym od zalania) był we mnie pokój, tak teraz nie mogę się nadziwić, że nie ma we mnie przerażenia natłokiem spraw, wręcz przeciwnie, pokój i radość. Nie z zalatania, oczywiście, ale z tego, że Pan jest ze mną zawsze w swoim Duchu i że w każdej porze pozwala mi rozkoszować się Jego obecnością i wydawać owoc. No i cieszę się, że już niedługo potem ferie :) ha ha ha.
*
Może wam się to wyda trywialne, takie rzeczy - nie przejmowanie się kwestiami finansowymi, nie poddawanie się presji czasu. Ale dla mnie to były kwestie, które zatruwały mi życie długimi latami i kiedy tak mijał rok, dwa lata, dziesięć lat i nie było zmiany, zaczynałam tracić nadzieję. A jednak. Bóg przychodzi. Bóg wyzwala.
*
Nie wiem, czy mogłam sama coś zrobić, żeby zmiana przyszła wcześniej. Pewnie tak. Nie bać się wyjść z łodzi. Zapomnieć o sobie. Więcej rozkoszować się Nim. Być bardziej szczera przed sobą i przed Nim na temat tego, co się we mnie dzieje. Bardziej traktować Go jako Ojca, który zawsze jest po mojej stronie, niż zleceniodawcę, który oczekuje, że spełnię pewne wymagania i wykonam pewne zadania. Bardziej żyć przed Nim niż przed ludźmi... Inwestować więcej w poznawanie Go niż w generowanie wymiernych dowodów, że robię coś dla Niego. Pewnie tak, pewnie sama opóźniłam Boże odpowiedzi. Ale i to Pan wykorzysta dla dobra i odkupi. Wykorzysta moje doświadczenie i to, czego się nauczyłam i co sprawiło, że jednak wytrwałam i jestem tu dziś. Pewnie też trochę to opóźnienie zależy od nadejścia konkretnej "pełni czasu" dla każdej z tych spraw.
*
Cokolwiek by nie było - to co wydawało się, że nie nadejdzie już nigdy, nadeszło. Jest tutaj w tej chwili kiedy piszę. Uśmiecha się do was razem ze mną :)
*
Jezus powiedział, że przyszedł aby dać nam obfite życie. Jeśli położyliśmy w Nim naszą ufność, a jednak nie doświadczamy Jego obfitości - nie gódźmy się z tym kochani. Szukajmy, tupmy, dobijamy się pytajmy Pana o co chodzi. I nie popuśćmy, aż to na co mamy nadzieję nadejdzie. Ale dobijajmy się Prawdziwej Obfitości, a nie naszego obecnego wyobrażenia o niej. Wylewajmy serce i słuchajmy Bożych odpowiedzi. Spędzajmy z Nim czas, szukajmy Go i nie traćmy nadziei aż - być może - zmienią się okoliczności, a jeszcze pewniej - aż zmienimy się my.
*
Kochani, życzę wam świeżej, soczystej nadziei na obfite życie, które przecież Jezus nabył dla każdego z nas imiennie swoją drogocenną krwią. I do usłyszenia wkrótce... mam nadzieję :)

1 komentarze:

pani biolog pisze...

ja też chcę odpoczynku.. albo przynajmniej wewnętrznego odpoczynku..
/ichtios