niedziela, 27 grudnia 2009

To On jest Bogiem, a nie my!

Dość niedawno spotkał mnie niezwykły przywilej. Usługiwała mi modlitwą pewna pełna Ducha niewiasta, obdarzona przez Pana w dziedzinie uzdrowienia wewnętrznego. Wysłałam do niej na jakiś miesiąc przed spotkaniem dość szczegółowe odpowiedzi na zadane przez nią pytania, ona w modlitwie przygotowała się do naszej "sesji", a następnie poświeciła mi parę godzin słuchając mnie, udzielając mi prostych, Bożych słów zachęty i porady i modląc się za mnie. Piszę, że to przywilej, bo szczerze mówiąc przez te dwadzieścia kilka lat jak jestem chrześcijanką nie zbyt wiele razy zdarzyło mi się, żeby ktoś poświęcił mi tak dużo jakościowego czasu. Wydaje nam się nieraz, że jak ktoś już "ma swoje lata" w Panu, to nie potrzebuje, a tu się okazuje, że każdemu czasem potrzeba, żeby usłużono także i jemu.
*
Tak więc odbyłam dość długie spotkanie, które już samym faktem, że się odbyło podziałało na mnie leczniczo ;) , a dzięki Bożej łasce, było ono dla mnie błogosławieństwem także na wiele innych sposobów. Jednym z "prezentów", które wówczas otrzymałam jest pewna modlitwa, czy też deklaracja duchowa, która towarzyszy mi teraz niemal każdego dnia, a nieraz nawet kilka razy dziennie: "Dzięki Ci Panie, że to Ty jesteś Bogiem, a nie ja!".
*
Może dla niektórych to brzmi śmiesznie. Jak można podejrzewać, że jest odwrotnie? Że to ja jestem Bogiem? A jednak patrząc nieraz na to, jak ja funkcjonuję i jak funkcjonujemy wszyscy, jako chrześcijanie, przysłuchując się naszym rozmowom, mam wrażenie, że nie tylko mi przydałoby się codziennie modlić takimi słowami. Niby rozumiemy, że to Bóg jest Bogiem, ale działamy tak, jakby przemiana świata i ludzi wokół nas zależała od tego co my zrobimy. Jaki program wdrożymy? Jakie multimedialne cuda zastosujemy prezentując młodzieży ewangelię, tak żeby im w pięty poszło? Jak mówić kazania? Jak grać? Jak prowadzić małe grupy? A bliżej domu: Jak przemówić tej dziewczynie do rozumu? Jak ją zainspirować? Jak dobrać słowa? Jak dobrze zrównoważyć miłość wyrażającą się w łasce z miłością wyrażającą się w mądrych wymaganiach? Jak? Jak to zrobić, żeby nastąpiła trwała zmiana - w tej osobie, w tej wspólnocie, w tym mieście, w tym kraju?
*
Bóg ostatnio sprawia, że zderzam się ciągle z tą prawdą - że jedynym sprawcą jakiejkolwiek trwałej zmiany jest On. Ta osoba, której chcemy usłużyć należy do Niego, jej życie jest w Jego ręku, On ma pomysł na jej życie i tylko On może dotknąć jej serca. Nie nasze słowa, programy, książki i muzyka. Owszem, może się tymi rzeczami posłużyć, ale ostatecznie to On to robi, i w żaden sposób nie możemy sami uzyskać tego samego efektu. On. To On daje nam posłuch, przychylność i autorytet u ludzi. To On zamyka i otwiera przed nami drzwi. To On wyzwala jeńców i to On uzdrawia chorych. On. To On jest Bogiem a nie my.
*
Nie namawiam do bierności. Bóg mówi, że sam przygotował dla nas dobre dzieła, abyśmy je pełnili. Nie mówię, żeby nie szukać odpowiedzi, nie uczyć się jak być lepszym rodzicem, wychowawcą, doradcą, liderem, przyjacielem, sługą. Sama daleka jestem od bierności, nawet pośrodku tej lekcji, której się uczę. Zastanawiam się tylko: gdybyśmy przyjęli w głębi naszych serc, że to On jest Bogiem a nie my - jak bardzo zmieniłyby się w naszym życiu proporcje między czasem rozmowy z Nim, a czasem burz mózgu, spotkań, narad i kolejnych akcji? A w tych dziełach, do których nas prowadzi, o ile czystsze mielibyśmy motywacje, o ile mniej by nas obchodziło co ludzie powiedzą, czy za nami staną i jakie osiągniemy liczby? O ileż więcej pokoju, współodczuwania, łez wzruszenia i radości, lub tego pięknego bólu, który towarzyszy miłości? O ile mniej stresu, wypalenia, szarpaniny, strachu, presji, udawania, zamieszania, poczucia winy, potępienia, oskarżania? Gdybyśmy tak głęboko w sercu przyjęli codziennie to, że to On jest Bogiem, a nie my. Że nasze życie i życie tych, którym służymy, których kochamy, których spotykamy na naszej drodze należy do Niego. Że to On dokonuje trwałych zmian i robi to tak jak chce.
*
Pamiętam, kiedy wiele lat temu modliłam się o ocalenie małżeństwa moich rodziców przychodziły mi do głowy różne scenariusze, jak Bóg może zainterweniować i co można zrobić, żeby im pomóc. Sprawa była trudna, a ich relacje wydawały się od lat uwikłane w błędne koło, które prowadziło ich związek coraz bliżej dna. Próbowałam mamę posyłać na spotkania do kościoła. Zapoznawać z innymi paniami w jej wieku, które pełne były Bożej mądrości i miłości. Ale nic nie działało. Kto by pomyślał, że pewnego dnia, kiedy szłam z bratem do mamy do pracy, żeby odebrać małego kociaka-znajdę, zaniosłam do domu Bożą odpowiedź na moje modlitwy. Małe słodkie stworzonko stało się dla nich pierwszym od wielu lat wspólnym tematem i wspólną sprawą, od której niespodziewanie - nawet dla samych siebie - zaczęli od nowa budować swoją relację. Ja jakoś nie wpadłam wtedy na to, żeby w tej po ludzku beznadziejnej sytuacji posłużyć się małym kotkiem. A Bóg owszem. Tak często działa On całkiem inaczej niż się spodziewamy. To samo widzę teraz w relacji z Pati. Jego pomysły na to jak zachęcić ją do rozwijania relacji z Nim, modlitwy, służenia innym... Mocno awangardowe bym powiedziała, daleko odbiegające od sposobów, po które ja bym kiedykolwiek z własnej woli sięgnęła. A jednak to właśnie Jego sposoby są skuteczne, a nie moje.
*
Kochani, na ten zbliżający się Nowy Rok, niech Pan da nam odpocząć w głębszym poznaniu i zastosowaniu tej prostej prawdy, że to On jest Bogiem, a nie my. Niech ta prawda dokona rewolucji w życiu każdego z nas. Niech serce każdego z nas znajdzie w tej prawdzie odpoczynek - a wówczas nasze życie nigdy nie będzie bezowocne. Ślę uściski noworoczne i nie tylko. M

niedziela, 13 grudnia 2009

Nie tak jak świat...


"Pokój zostawiam wam, mój pokój daję wam; nie jak świat daje, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze i niech się nie lęka" J 14,27.

*

Ja dziś bardzo króciutko - zmęczona, ale jak zwykle zachwycona Bogiem.

*

Tyle ostatnio wyzwań. Zbyt wiele zajęć, do których brakuje pasji,  zbyt mało czasu na zajęcia, do której pasja płonie coraz goręcej... Szykują się zmiany, pojawiają się pytania, na horyzoncie kroki wiary... Różne bliskie osoby przezywają teraz bardzo trudne chwile, a ja wraz nimi... nie śpię, płaczę, wierzę, pytam o drogę... Bóg zaskakuje nowymi obowiązkami, zagadkami, odpowiedzialnością. Mało snu. Dużo niewiadomych.

*

A ja w tym wszystkim czuję, że to chyba najlepszy czas w moim życiu - jak do tej pory, bo wiem, że jest on zapowiedzią, korytarzem prowadzącym do czegoś jeszcze lepszego. Tyle pokoju, tyle motywacji, tyle intymności z Bogiem, tyle nadziei, tyle marzeń i tyle wiary w ich realizację... Tyle śladów Bożych palców, kształtujących przebieg wydarzeń. Tyle sił pośród niewyspania i napiętego planu dnia. Tyle radości, tyle szczęścia, tyle miłości. 

*

Po raz kolejny odkrywam, że piękno życia z Bogiem nie polega na tym, że wszystkie nasze okoliczności są idealne, ale na tym, że rozkwitamy bez względu na okoliczności. Że stawianie sobie jako nadrzędny cel zmiany naszych okoliczności prowadzi jedynie do rozczarowań, bo poczucie spełnienia przynosi wyłącznie to, z Kim te okoliczności przeżywamy :)

*

Pozdrawiam was wszystkich w tych okolicznościach,  w których teraz jesteście. Modlę się, abyście w tym właśnie miejscu odkrywali "obfitość radości w Jego obliczu i rozkosz po Bożej prawicy" (Ps 16,11) . M 

wtorek, 1 grudnia 2009

Gdyby wiara twa...

Ależ mnie dziś uroczy mały przypadek spotkał! Z gatunku owym małych, pozornie nieznaczących momentów, kiedy Bóg puszcza do nas oko, a nam serce rośnie, jakbyśmy wygrali fortunę i przeznaczenie i w ogóle wszystko co jest do wygrania :)

 *

Otóż ostatnio, moi drodzy dzieje się. Jak ktoś mnie zna, to stwierdzi, że nic w tym nowego. Ale tym razem naprawdę się dzieje. Istnienie Patusi, różne rzeczy, które działy się w Izraelu, na Sukkot, na Konferencji Kobiet, na modlitwie o uzdrowienie, na Konferencji w Kielcach... I ognie, które Pan zapala w moim sercu każdego dnia na modlitwie... Zdarzenie na zdarzeniu, "przypadek" na "przypadku" - wszystko sprawia, że kwestie różne wiekopomne pęcznieją i dojrzewają do tego, aby podjąć czyn.

Brzmi pięknie, ale wszystko to wymaga więcej wiary, niż kiedykolwiek miałam do tej pory w swoim życiu. Na dodatek właśnie w tę niedzielę dzieliliśmy się na spotkaniu kościoła na temat wiary. I na temat tego, że dla Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego. I na temat tego, że On jest Naprawdę Naprawdę! I że można tego być całkiem pewnym! I że w Afryce i Azji jakoś częściej niż w Europie o tym wiedzą, ale że idzie napewno przełom dla Europy i może my też dowiemy się serduchem, że Bóg jest serio taki jaki jest - i wtedy dopiero się będzie działo!

*

I tak przyciśnięta do muru, dziś modliłam się bladym świtem, a nawet przed świtem, zawzięcie i desperacko o wiarę - dla mnie, dla Paci, dla naszego kościoła domowego, dla całego kościoła, dla Polski!!! Tymbardziej, że w Biblii przeczytałam o tym, jak to na końcu czasów będzie i jak wtedy naprawdę trzeba będzie wiedzieć w co wierzyć a w co nie. 

*

W końcu przestałam się modlić i zaczęłam się krzątać, śniadanko etc, no i pokusiłam się, żeby wejść na facebook, a tam ktoś mi jakiś prezent przysłał. Zwykle takich nie przyjmuję, bo nie chcę mieć sześciuset aplikacji, ale tym razem patrzę - a przysłał mi ten prezent piękny człowiek, proroczy i cudowny, o niezwykłym sercu, oddany całym życiem Bogu... amerykański misjonarz mieszkający w Afryce. I otóż ten prezent co dostałam z Afryki, to nazywał się Dar Boży. A Darów Bożych jest bardzo dużo. Mógł mi przysłać Pokój, albo Radość, albo Miłość, albo Męstwo, albo nie wiem co jeszcze. 

*

A on mi przysłał... Wiarę.

*

Ale numer. Modlę się o wiarę i potem natychmiast dostaję w prezencie Wiarę i to z Afryki!!! 

*

No róbcie sobie co chcecie, ale ja to biorę. Biorę tę wiarę, potrzebną do tego, żeby zrobić to co leży mi coraz bardziej na sercu, a to co leży mi coraz bardziej na sercu, coraz bardziej określić można jako po prostu niemożliwe, a już szczególnie dla mnie :)

*

Kochani, módlmy się o wiarę. O poznanie Pana i o głęboką więź z Nim, które tę wiarę żywią. A wtedy zacznie się przełom dla tej naszej Europy. Zacznie się ode mnie i od ciebie - kiedy będziemy robić to, co po ludzku niemożliwe :)

czwartek, 19 listopada 2009

Boży ogród


"Każda roślina, która nie została zasiana przez mojego Ojca, zostanie wyrwana z korzeniami" (Mt 15,13)

*

Zwykle te słowa budziły we mnie różne odcienie grozy, a obrazy, pojawiające się automatycznie w moich myślach na ich dźwięk wahały się od piorunów spadających z jasnego nieba po ogniste jezioro siarki.

*

Dzisiaj jednak, jak tylko przeczytałam te same słowa, w moim sercu pojawiła się nadzieja i radość. Zobaczyłam moje życie jako ogród, który należy do Pana. Jest on pełen różnorodnych i wspaniałych roślin, które cały czas uwielbiają Boga, tęsknią za Jego obecnością i rozkoszują się tym, że są pielęgnowane, zasadzone i zaplanowane przez samego Najwyższego. 

*

Tu i ówdzie pojawiają się jednak rośliny, które szpecą ogród. Po niektórych widać od razu, że to nie chciane chwasty i szkodniki, które zabierają cenny pokarm i miejsce Bożym roślinkom. Bardzo chcę się ich pozbyć, ale ile bym nie wyrywała i wycinała, one wyrastają jeszcze mocniejsze, a im dłużej to trwa, tym większa moja frustracja i ból. 

*

Jeszcze inni są całkiem podobne do Bożych roślin. Sama je zasiałam, bo rysunek na torebce tak bardzo przypominał coś, o czym kiedyś mówił Tata, a czego w moim ogrodzie jeszcze nie było.  Niektóre roślinki są tu od tak dawna, że nigdy nie wpadłabym na to, że to nie Tata je zasadził. Że to pomysł, który pochodzi od ludzi. Nie zawsze potrafię je rozpoznać, odróżnić. A ja chcę, żeby mój ogród należał cały do Pana. I żeby urosła w nim każda dobra rzecz, którą Tata zaplanował. 

*

I w tym momencie przychodzi obietnica. "Wszystko, czego Ja nie zasiałem zostanie wyrwane. Nawet jeśli tego nie rozpoznajesz. Wszystko, co nie Ja zasiałem zostanie wyrwane z korzeniami i już nie odrośnie, i będziesz od tego wolna". 

*

Dlatego dziś modlę się z tęsknotą, ufnością i nadzieją o to, żeby Pan wyrwał z mojego ogrodu z korzeniami, to czego On sam nie zasiał. On będzie wiedział, to czego ja nie wiem. On będzie umiał to, czego ja nie umiem. Wiem, że czasem będę zaskoczona. Wiem, że czasem trzeba będzie rwać głęboko. Ale wiem, że Tata jest najlepszym ogrodnikiem i nie chce ogrodu zniszczyć, tylko uzdrowić - by twój i mój ogród oddawały były tak piękne, jak tylko mogą być. 

poniedziałek, 16 listopada 2009

Prawda o tobie?


Czytałam dziś na temat tego jak uczniowie Jezusa zrywali kłosy w szabat i o tym, jak strasznie oberwało im się z tego powodu od faryzeuszy. Jakoś dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek utożsamiłam się z tym, jak się wtedy musieli czuć. Wyobraziłam sobie uczniów, którzy z tego całego biegania za Jezusem zgłodnieli, zaczęli tracić siły i w związku z tym - o zgrozo!!! - wzięli i coś zjedli!

*

W tym momencie pojawiają się faryzeusze, osoby szanowane w społeczeństwie, budzące respekt a nawet nabożny lęk i czują nieodparte pragnienie, żeby wypowiedzieć się na temat ich wołającego o pomstę do nieba zachowania. Pałają świętym oburzeniem, wskazują palcami na odpowiednie fragmenty w Biblii i przywołują przykład pobożnych ludzi, którzy w życiu nie popełniliby takiego obrzydlistwa. Padają ostre słowa. Wzrok, mowa ciała, tonacja oskarżycieli sprawia, że uczniowie chcieliby zapaść się pod ziemię. Zaczynają gardzić sami sobą, a poczucie potępienia przybija ich niemal do ziemi. W ich sercach kiełkuje już wiara w to co najgorsze na swój własny temat. Nie Boża wiara, która ma moc skutecznie trzymać ich z dala od cudownych rzeczy, do których powołach ich Bóg. 

*

Wtedy jednak spojrzeli na Jezusa. Jego wzrok wyrażał smutek i gniew. Ale to nie oni go zasmucili, tylko ich oskarżyciele! 

*

Myślę, że wiem, jak ci ludzie się czuli zanim spojrzeli na Jezusa. Niestety, aż zbyt często sama tak się czuję. Dzięki Bogu, wiem już też, jak się czuli po tym, kiedy spotkali Jego wzrok i odkryli, że On ich nie potępia. Chciałabym częściej pamiętać o tym, żeby spojrzeć w Jego oczy.

*

Ten fragment bardzo mocno uświadomił mi, że Boże myślenie naprawdę jest tak bardzo inne niż ludzkie. Jego skala wartości i kryteria oceny są tak bardzo inne niż nasze. A nawet kiedy zasługujemy na krytykę i upomnienie, nastawienie Jego serca jest tak cudownie inne. On zawsze pragnie popychac nas do miejsca przebaczenia, przemiany i nie traci z oczu naszego potencjału i wspaniałego przeznaczenia, które ma dla nas. 

*

Naprawdę już czas, napisałam sobie w moim kajeciku. Naprawdę już czas, żeby to co ludzie do mnie mówią, lub nawet te rzeczy, o których "wiem, że sobie myślą" przestały kształtować moje poczucie tożsamości, sposób postrzegania swojej osoby, czy to jak się sama ze sobą czuję. Naprawdę już czas, żeby poznawać i być pod wyłącznym wpływem tego, co myśli o mnie Bóg. 

*

Tatusiu, daj mi serce otwarte na to, kiedy Ty sam dajesz mi słowo korekty przez inną osobę, ale proszę Cię o wolność od wpływu, jaki wciąż ma na mnie opinia innych ludzi. Daj mi patrzeć w Twoje oczy i odpoczywać w świadomości, że Ty jesteś najmądrzejszy, Ty wiesz najlepiej. A to, co Ty myślisz o mnie, jest nie tylko budujące, ale i prawdziwe. Nie tylko prawdziwe, ale i budujące. 

*

Kocham cię Tato. Daj nam wszystkim więcej Twojej prawdy dzisiaj. Jesteś cudowny, a Twoja prawda uwalnia. Dotykaj nas prawdą i pięknem Twojej miłości. Amen 

czwartek, 12 listopada 2009

Piękno prostoty


Jakiś czas temu bardzo zapadły mi w serce następujące słowa Psalmu:

*

"Pan strzeże ludzi pełnych prostoty: byłem bezsilny, a On mię wybawił."

(Ps 116,6 Biblia Tysiąclecia)

*

Tymczasem nam tak bardzo ciąży to, jak bardzo skomplikowane jest nasze życie. Ja sama aż nazbyt często czuję się przytłoczona ilością ludzi, zadań, zobowiązań, o których czuję, że muszę pamiętać. Wynajduję coraz to nowe pomysły na to, jak się zorganizować. Kalendarze, listy rzeczy do zrobienia, tablice korkowe, kolorowe karteczki, przypominacze papierowe, elektroniczne, dźwiękowe i sama nie wiem jakie jeszcze. I tak wciąż nie mogę się połapać.

*

A tu nagle przychodzi takie Słowo. Że Pan strzeże człowieka pełnego prostoty. Który przychodzi do Niego, kiedy potrzebuje pomocy i doznaje Jego wybawienia. Proste.

*

Ktoś kiedyś powiedział, że to nie nasze życie jest skomplikowane, tylko nasze podejście do niego. Ilość czynności, którą wmawiamy sobie, że musimy wykonać. Ilość ludzi, którym wierzymy, że nie możemy odmówić. Ilość rzeczy bez których wydaje nam się, że nie możemy się obejść. Tak bardzo pragnę odłożyć to wszystko na bok i odnaleźć tę prostotę, którą znajduję w Jezusie i Jego życiu. Tę prostotę, którą On tak kocha i której pragnie nas nauczyć. Dlaczego tak trudno ją znaleźć, zdefiniować, zastosować? Czasem czuję się jakbym szukała jej w nieprzezroczystej wodzie i co wydaje mi się, że dostrzegam jej zarys i wyczuwam ją pod palcami, ona znowu się rozpływa i oddala... Prostota. Jak bardzo za nią tęsknię.

*

Nawet na modlitwie, w niektóre dni - o wiele częściej niż bym sobie życzyła - przytłacza mnie cała wiedza o modlitwie, którą nabyłam przez ostatnie dwadzieścia lat. Co dobry chrześcijanin powinien w każdej modlitwie zawrzeć. Jak się zwracać do Taty, do Jezusa i do Ducha Świętego. Kiedy związywać a kiedy gromić. Kiedy siedzieć cicho i czekać na Pana. Kiedy łamać, burzyć i ogłaszać. Co ogłaszać. Czego się wyrzekać...  Ciągle się coś przypomina i zamiast przyjść z prostotą do Stwórcy, próbuję okiełznać i ogarnąć wszystkie reguły, zasady i konieczności.

*

Prostota. Tak bardzo za nią tęsknię.

*

Odwiedziła nas ostatnio pewna piękna chrześcijanka z Białorusi. Pracuje na codzień w stołówce, gdzie rozdaje obiady staruszkom, którzy prawie nic na tym świecie nie mają. Przyjechała spotkać się z konsulem, żeby móc pojechać na ślub do córki za wielką wodą. Była już w odpowiednich ambasadach w Kijowie i Petersburgu, gdzie otrzymała odmowę. Przyjechała więc z wielką walizką do Warszawy, gotowa do długiej podróży nad oceanem. "W Panu cała nadzieja" powiedziała, śmiejąc się. Modliło się za nią chyba pół świata. Latała, załatwiała, w międzyczasie opowiadała o wielkich i cudownych rzeczach, które Pan czyni dla tych, którzy pokładają w Nim prostą i dziecięcą ufność. Pomodliła się nad chorą Patusią, której gorączka natychmiast spadła z 38,5 do 37, a Patusia sama o mało z łóżka nie spadła z wrażenia. Dziewczyna już prawie rok należy do Pana, a mówi, że od nawrócenia to nic tak mocnego jej nie spotkało.

*

W poniedziałek rano ta piękna niewiasta zawitała do naszego domu, mając niewiele więcej poza prostą wiarą, że Bóg widzi serce matki, która pragnie błogosławić swoim dzieciom, a dziś, w czwartek, już jest u córki, tak daleko, że aż boję się o tym myśleć. 

*

Tak sobie dzisiaj się modliłam. Panie zmiłuj się nad tą naszą Polską. Nad tą Europą. Z naszym wymądrzaniem się, pokładaniem ufności w sobie, w naszych planach i możliwościach. Z naszym poziomem edukacji i cywilizacji, z naszymi strategiami, taktykami, programami. Zmiłuj się nad nami i daj nam tę prostotę wiary, którą widzimy tym wyraźniej, im dalej od Zachodu. Daj nam prostotę w kościele, w domu, w pracy, w zwykły dzień i od święta. Prostotę wiary, prostotę życia, prostotę miłości. Daj nam przychodzić do Ciebie jak dzieci. Bez bagażu wiedzy, bez kombinacji. Zrób z nami coś, Tatusiu,  żebyśmy pojęli nareszcie te rzeczy, które ty od wieków zakrywasz przed mądrymi i roztropnymi, a objawiasz prostaczkom. Amen. 

piątek, 6 listopada 2009

Prawda, która wyzwala

W tym tygodniu towarzyszy mi ta piosenka. Kiedy czuję, że tracę siły, że znowu się spinam, że zbyt nieważne sprawy zaczynają się robić dla mnie zbyt ważne - włączam tę piosenkę i mam wrażenie, że 300 kilo i 500 atmosfer schodzi mi natychmiast z ramion. Jeśli tobie też zdarza się być utrudzonym i zmęczonym... Zamknij oczy, sercem spójrz w oczy Jezusowi i zaśpiewaj razem z Beatką...

*

piątek, 30 października 2009

Tu się wybieram w listopadzie

1. Propozycja tylko dla Pań :)

*


Drogie kobiety i kobietki, zapraszamy Was do udziału w kolejnej konferencji "Kolory Życia" w Warszawie. Chcemy ponownie powrócić do zadawanych Bogu pytań; Kim jestem? Po co żyję? Dla czego moje serce bije?

*

Usługujący: Judith Butler, Sue Clark, Elaine Olson
Gospodarze: Iza i Marek Ciesiółka, Jola i Andrzej Nędzusiak, Magda Broda
Miejsce: Centrum konferencyjne KOARA EXPO, ul. Poligonowa 30, Warszawa

*

Więcej informacji na stronie Kościoła DROGA w Warszawie: droga.waw.pl

*

================================================================

*

2. Propozycja dla każdego :)

*

Konferencja Prorocza z udziałem Dale’a Andersona

*

Kochani:
Serdecznie zapraszamy na kolejną jesienną konferencję z Dalem Andersonem, która odbędzie się 20-22 listopada, 2009 w Kielcach. Mamy przekonanie, że w czasie, w którym żyjemy, Bóg odkrywa Biblijne zrozumienie czasów ostatecznych, które przygotuje kościół i będzie torować drogę na powtórne przyjście Pana Jezusa na ziemię, aby przejąć panowanie nad wszystkimi narodami z Jeruzalem. Tak jak Jan Chrzciciel przygotowywał się na pustyni, aby być posłańcem, który przygotuję drogę na pierwsze przyjście Pana Jezusa na ziemię (Mt 11:10 i Iz 40:3), tak i przed powtórnym przyjściem Pana, Duch Święty pragnie przygotowywać posłańców, którzy będą torować drogę na powtórne przyjście Mesjasza – Jezusa na ziemię.
Ważne jest zrozumieć pozytywne jak i negatywne wydarzenia poprzedzające przyjście Pana. Jest ponad 100 rozdziałów w Biblii, które mówią o powtórnym przyjściu i Milenijnym panowaniu Jezusa z Jeruzalem. Bóg ma swoją strategię, aby kościół był zwycięski pośrodku wściekłości Szatana i Antychrysta. On wie, że jego czas jest krótki. Kościół czasów ostatecznych będzie miał tożsamość Oblubienicy, modlitwa 24/7 to jedno z głównych narzędzi walki Kościoła, który w proroczym namaszczeniu Ducha Świętego będzie ogłaszał Boże sądy i objawiał Bożą moc i chwałę. A Ewangelia o Królestwie będzie głoszona po całej ziemi.

*

Więcej informacji na stronie Kościoła Wieczernik w Kielcach: www.wieczernik.pl

środa, 28 października 2009

Elo!


Chciałam tylko zwrócić wszystkim uwagę na nowego linka na bocznym pasku, tuż nad zdjęciem Patusi, który to link prowadzi do Patusiowej stronki! Stronka zaczyna się dopiero co tworzyć i będzie tam o wiele więcej wspaniałości, ale już można parę atrakcyjnych słów poczytać. Utrzymana jest ona w trochę innej konwencji i skierowana, być może, do trochę innego grona odbiorców niż blog mój czy też Asi - może polecicie komuś, dla kogo mój wystrój jest np. za "cukierkowy" albo jakoś tak ;) A wam, mam nadzieję, też się spodoba :)))) Pozdrawiam, M

*

Link do Patusi na pasku bocznym, albo bezpośrednio TUTAJ

poniedziałek, 26 października 2009

Bóg jest dobry dla wszystkich.



To chyba nie będzie długi post. Chciałam tylko jakoś dać upust mojemu zadziwieniu i zachwytowi, który towarzyszy odkrywaniu, że Bóg jest naprawdę dobry dla wszystkich. Począwszy od owego spotkania z Bogiem na tarasie domu w Givat Zeev, kiedy to byłam bezbrzeżnie obrzydzona sobą, a Pan przyszedł do mnie tak cudownie w świeżym doświadczeniu Jego przebaczenia, miłosierdzia i łaski, aż po dziś dzień, każdy tydzień przynosi nowe, głębsze, świeższe doznania z tej dziedziny. Czasem Jego Duch osobiście przychodzi i wkłada te nowości do mojego serca w czasie uwielbienia - czy to w domu, czy w zgromadzeniu świętych. Czasem słodycz objawienia przychodzi ze Słowa. Wiele dociera do mnie też w ramach mojej pracy - za pośrednictwem książki, którą w tej chwili tłumaczę.

*

Książkę napisał znany być może niektórym Rick Watkins, a traktuje ona o pięknie Boga. Dopiero co zaczęłam ją tłumaczyć i zaraz na wejściu otrzymałam potężną dawkę rozważań o Bożej dobroci wobec tych, którzy w ogóle na to nie zasługują. Od dwudziestu stron wgryzam się w tekst, który pokazuje na podstawie Biblii to, że Bóg jest dobry dla buntowników, dla zdrajców, dla ludzi pełnych pychy i tych, którzy odrzucają Boga. Dla ludzi, na których my nigdy byśmy nie spojrzeli bez obrzydzenia i z którymi nigdy nie chcielibyśmy mieć nic do czynienia. On swoim miłosierdziem jest w stanie przebić nawet najbardziej miłosiernego z nas. Nawet Matkę Teresę! Napewno znalazłby się na świecie ktoś, kim nawet ona by pogardziła. A Bóg dla tej osoby jest dobry.

*

Jakoś nie mogę wyjść z szoku, kiedy uświadamiam sobie, że Bóg nie tylko jest dobry dla pokutujących grzeszników, ale także dla grzeszników zatwardziałych. W Ewangelii według Łukasza 6,35 czytamy, że "On jest dobry dla niewdzięcznych i złych". On taki jest naprawdę! Co jakiś czas uderza to we mnie, jak dawka mocnego leku, który gwałtownie dociera do mózgu albo fala uderzeniowa jakiegoś potężnego wybuchu, która nagle mnie ogłusza. Jak można być tak dobrym? 

*

Nie znaczy to, że każdemu z nas wszystko ujdzie bezkarnie. Musimy ponosić konsekwencje naszych czynów i są prawa duchowe, których Bóg sam nie może przeskoczyć, zostały one bowiem stworzone, aby szanować naszą wolną wolę i nasze wybory. W każdej chwili robi On jednak wszystko co tylko możliwe, aby wrócić nas na właściwą drogę i dokłada starań by znoszenie konsekwencji naszych czynów było jak najmniej dokuczliwe. Wygania nas z raju, ale zapewnia nam na drogę najlepszej klasy wyposażenie, ubrania, namioty i prowiant, a następnie sam wyrusza w drogę razem z nami. Nie posiada się z radości widząc każdą oznakę zmiany na lepsze w nas. Zawsze za nami tęskni. Zawsze nas strzeże. Zawsze czeka, aby okazać nam łaskę. Zawsze. Wobec każdego. 

*

Bóg naprawdę jest dobry dla wszystkich. Pomyśl tylko co to oznacza! Dla mnie oznacza to coś, co porusza do głębi moje serce - oznacza to, że nie ma sposobu, abym była wykluczona z grona ludzi, dla których Bóg jest dobry. Bez względu na to  jak w danej chwili czuję się na swój temat i co o sobie myślę, i tak mieszczę sie w kategorii ludzi zwanej "wszyscy, nawet niewdzięczni i źli". Bóg  jest dobry dla mnie nawet kiedy ja nie chcę być dobra dla siebie. To samo dotyczy każdego z nas. Zatrzymaj się na chwilę nad tą prawdą i niech Pan da ci odkryć dziś coś drogocennego, co zmieni - może troszeczkę, a może diametralnie twoje życie. Zapadnij się dziś, jak w głęboką wodę, w Jego niesamowitą dobroć dla ciebie. Uściski. M

piątek, 16 października 2009

Drabina do nieba


Jesienna pogoda coraz bardziej ponura, a we mnie, mam wrażenie, coraz słoneczniej :) Czy to nie jest jedna z najcudniejszych rzeczy, kiedy żyjemy w Jezusie, że to jak my się mamy, nie jest zależne od jakichkolwiek zewnętrznych okoliczności: ani pogody, ani nastawienia innych ludzi, ani finansów, ani czegokolwiek innego, tylko od tego jak bardzo przybliżamy się do serca naszego kochającego Tatusia :) !

*

Ten etap, który ostatnio przeżywam, kiedy to Pan odbudowuje we mnie doświadczenie Jego miłosierdzia, łaski i przebaczenia bardzo zbliżył mnie na nowo do Niego i nagle wszystko zaczęło się znowu uspokajać i porządkować. Mam wrażenie, że kiedy pojawiła się w moim życiu Patrycja, była to tak duża zmiana i tak całkiem nowy etap w mojej wędrówce z Panem, w moim ufaniu Jemu, a umieraniu dla siebie, że wszystko czego dotychczas nauczyłam się w Jezusie zostało na starym poziomie i teraz musiałam nauczyć się każdej z tych rzeczy od nowa. Skok był tak duży, że nie byłam w stanie niczego zabrać ze sobą, bo bym nie doskoczyła. Zresztą tu, na tym poziomie, stare modele wszystkiego, co potrzebne mi do duchowego życia, już by nie wystarczyły. Tata daje mi teraz wszystko odnowione. Radość ze zbawienia, modlitwę osobistą, uwielbienie, zaufanie Jemu. 

*

Kiedy byłam w Izraelu bardzo modliłam się ciągle wstawienniczo za moje rodzeństwo, za Patusię i za różne sprawy w domu, no i wszyscy przeżyli, nie stała się żadna nieodwracalna katastrofa, ale nie było dobrze. Walka na walce i walką poganiała. Za to teraz na Sukkot jakoś trudno mi było się dużo modlić wstawienniczo, bo w pokoju modlitwy była taka niesamowita atmosfera do prostego uwielbiania Pana, zachwycania się Nim, odpoczywania w Nim. Trudno mi było przestać, po to by przynieść przed Niego różne ważne sprawy. Czułam się z tym cokolwiek dziwnie, ale w końcu Pan przekonał mnie sam, że bycie z Nim jest ważniejsze niż wstawiennictwo. Że pierwszą rzeczą, którą każdego dnia potrzebuje mój duch i dusza, a za którą On tęskni z całego serca, to czas pełnego zachwytu i miłości spotkania z Nim. A dopiero potem, nie wcześniej niż On sam powie mi, że to już czas, przychodzi czas na wstawiennictwo. Obiecał też, że jeśli tak będę robić, to nawet jeśli w niektóre dni w ogóle nie będę miała takiego oddzielonego czasu wstawiennictwa, On będzie słyszał wołanie mojego serca. I faktycznie. Mam wrażenie, że dopiero po Sukkot zaczęłam oglądać na własne oczy wszystko, o co prosiłam Tatę w Izraelu. Kiedy wołałam do Niego z całego serca, On słyszał modlitwę i przygotowywał odpowiedź, ale dopiero szczere, bezinteresowne uwielbienie Go tę odpowiedź uwolniło. I nie tylko to, ale od powrotu z Kalisza mój dom stał się znowu, i staje się coraz bardziej, takim samym "pokojem modlitwy", jakiego doświadczyłam na Sukkot - miejscem akceptacji, otarcia łez, pociechy, zachwytu pięknem Bogu, miejscem przybliżania się do Jego serca, odpoczynku dla duszy. To się zaczęło, ale się nie kończy!!! Niesmamowite są Jego drogi! 

*

Kochani współobywatele Królestwa-Nie-Z-Tego-Świata! Niech i wam im dalej w ten jesienno-zimowy czas, Jego słońce świeci coraz jaśniej, na przekór naszym wrogom! Nasz Tata jest większy od wszystkich :) i On nieustannie czyni wszystko nowym - także i nasze siły, wiarę i marzenia, nasze uwielbienie i relację z Nim. Czego życzę wam i sobie. Uściski gorące!!! M

czwartek, 8 października 2009

Jego łaska jest lepsza niż życie


Jeśli zastanawiacie się co to za obrazek powyżej,  jest to kolejna wersja "Miasta na górze", tym razem w wykonaniu mojej Patusi. Wersja nie jest skończona, ale w związku z tym, że nie ma żadnej gwarancji kiedy, i czy w ogóle, osiągnie stan "skończony" - jak to z pracami artystów bywa - pozwolę sobie już teraz opublikować dzieło, zrobione na moje zamówienie i ku mojej radości. Nie wiem jak wam, ale mi tam się ono bardzo podoba takie jakie jest.

*

A ja tymczasem, moi kochani, zdążyłam wrócić z Izraela, pomóc Patusi położyć panele u nas w domu, kupić królika i pojechać na połowę tygodnia modlitwy w Kaliszu z okazji Sukkot. To jeśli chodzi o faktografię. Większość z tych pięknych okoliczności można juz podziwiać na moim koncie Flickra, dostępnym pod linkiem "Photo album" w górnej części strony. 

*

W związku z długim wyjazdem wakacyjnym (od 8 sierpnia do 11 września) i bogactwem innych atrakcji, dopiero teraz zaczynam powoli przypominać sobie jak się nazywam i tego typu podobne szczegóły. Nie ulega wątpliwości, że życie jest pasmem nieustannych zmian i nigdy nie ma sensu pozwalać sobie na "osiadanie" w obecnym status quo, jakikolwiek by on nie był... ale i tak ostatnie parę miesięcy były dla mnie czasem dużego poczucia tymczasowości i cieszę się, że teraz noszę już w sobie wewnętrzne przekonanie,  że wróciłam do domu. 

*

Tematem przewodnim wakacji było dla mnie Boże miłosierdzie, łaska i przebaczenie oraz to, że kocha mnie On bez względu na to, czy się spisuję czy nie, innymi słowy: odpoczynek w Jego bezinteresownej przychylności i trosce. Trochę już zresztą o tym pisałam, bo zaczęło sie to wszystko jeszcze przed wyjazdem do Izraela, na ostatnich warsztatach proroczych. Zaczęło się, ale nie zakończyło na tym. 

*

W Izraelu, gdzieś pośród masy ciekawych wydarzeń i spotkań, miałam też kilka trudnych momentów. Szczególnie jednego dnia miałam wrażenie, że zawaliłam na kilku frontach naraz i to w sposób, który nie pozwalał mi nawet usprawiedliwić się samej przed sobą. Może nie były to wielkie grzechy tak według tradycyjnych światowych klasyfikacji, ale narobiłam paru osobom czy to kłopotów czy bólu przez uleganie różnym takim słabościom, których duchowym ludziom to już po prostu nie wypada, typu gadulstwo albo bezmyślność albo niedyskrecja. Czułam sie fatalnie, tym bardziej, że tak naprawdę to nie zauważyłam nawet, że zrobiłam cokolwiek źle, dopóki ktoś nie podzielił się ze mną skutkami moich poczynań. Czułam się niepoprawna, niereformowalna, beznadziejna i pod każdym wzgledem po prostu niefajna. Najchętniej bym się jakimś sposobem od siebie wyprowadziła. 

*

Bardzo nie chciało mi się wtedy przychodzić przed Boży tron, tak jak to bywa w chwilach, kiedy poddajemy się potępieniu i poczuciu winy. Okoliczności przyrody w Givat Zeev i cała atmosfera domu modlitwy była jednak taka, że mimo wszystko udałam się na tarasik z Biblią, siadłam w najdalej wysuniętej części ogrodu, pod drzewem granatu i otworzyłam - cóż innego - jak Psalm 51, Psalm grzesznika. Niczego innego nie czułam się godna. I tam od razu Bóg zmiótł mnie słowami, użytymi przez Dawida. "Zmiłuj się nade mną, Boże, według łaski swojej, według wielkiej litości swojej zgładź występki moje!". 

*

No gość był naprawdę niezły. A on, przecież - w przeciwieństwie do mnie - nie znał nawet Jana 3,16. Mimo to, o wiele lepiej niż ja był świadom tego, że cokolwiek by się nie działo w Jego życiu, może przyjść do Boga i prosić o wykasowanie swoich akt karnych, nie ze względu na to kim on był, ale ze względu na łaskę i wielką litość Boga. Przez jakąś godzinę, może dłużej unosiłam się,  niczym w kąpieli uzdrawiającej, w świadomości i nowym odkryciu tejże Bożej łaski i wielkiej litości. 

*

Miałam już oczywiście niejeden raz niezmierną radość doświadczyć Bożej łaski i przebaczenia. Dawno jednak nie miałam okazji tego doświadczenia odświeżyć i pogłębić. Naprawdę polecam. Po pierwsze powoduje to, że znika (rzecz jasna) jakikolwiek ślad potępienia i obrzydzenia sobą. Znika też lęk i poczucie presji, znika samotność i poczucie ciągłego niebezpieczeństwa wpadki i porażki. Pojawia sie za to nadzieja, pokój, niemożliwa do wyrażenia słowami błogość, rozkosz, szczęście. Rośnie miłość do Boga, zachwyt Nim, intymność relacji i pewność Jego otwartych ramion, przychylności, akceptacji. 

*

Piszę niby o oczywistościach, mam jednak wrażenie, że wielu chrześcijan desperacko potrzebuje na nowo doświadczyć - tak jak ja - Bożego miłosierdzia i nieprzebaczenia. Co pozwala mi tak sądzić? Wnioskuję w ten sposób mianowicie dlatego, że widzę ile jest pośród chrześcijan wzajemnych pretensji, oskarżenia, poczucia urazy, oburzenia, osądu. Nie mówię już o wielkich aferach niby teologicznych i animozjach pomiędzy poszczególnymi kościołami, czy nurtami chrześcijaństwa. Mówię tak po prostu o nas. O naszym reagowaniu na siebie nawzajem pośród naszych chrześcijańskich przyjaciół w tak zwanej szarej rzeczywistości. Jak łatwo, z całkiem błahych przyczyn, nabieramy do siebie niechęci, jak szybko krytykujemy, jak trudno nam odpuścić sobie złość z powodu jakichś prostych ludzkich słabości. 

*

Nie mówię tego jako ktoś na to wszystko odporny. Wręcz przeciwnie. Szczególnie ostatnio, może z powodu wielości zmian w moim życiu i pewnego zmęczenia emocjonalnego, bardzo mi trudno było o wyrozumiałość i łaskę w takich właśnie drobnych kwestiach. Po doświadczeniu przebaczenia, świadoma tego jak Bóg potraktował mnie kiedy bardzo zasługiwałam na potępienie, nie umiem, po prostu nie jestem psychicznie i istotowo w stanie potępiać i buczeć i burmuszyć się na kogoś, kto zrobił nie więcej, a najczęściej mniej, złego niż ja. Pan przypomniał mi o niezmienności Jego powołania i przeznaczenia dla mnie, bez względu na to, co ja tam nawywijałam, ale jednocześnie o tym, że każda osoba, która kocha Jego, została powołana przez Niego suwerennie i Bogu osobiście niezmiennie zależy na tym, aby weszła w pełnię swojego przeznaczenia - tak jak zależy Mu na tym, żebym ja weszła w pełnię mojego przeznaczenia. Po tym przeżyciu, dopóki jest ono we mnie świeże i pulsujące, nie jestem w stanie nie błogosławić jakiegokolwiek brata lub siostry w Panu. 

 *

Tak więc modlę się za każdego z was, kochani moi czytacze, czy to wierni weterani, czy przypadkowi przechodnie, abyście doświadczyli na nowo, głębiej niż kiedykolwiek wcześniej Bożego przebaczenia - ze względu na szczęście waszej duszy jak i przez wzgląd na piękno relacji, które naprawdę - a nie tylko z pozoru - przemieniane są na podobieństwo rzeczywistości nieba. Niech Pan uwalnia nad każdym z was swoje wspaniałe przeznaczenie. Jesteście bezcenni i nieopowtarzalni. Z milością, MadziaMadzia.

sobota, 5 września 2009

Pozdrowienia z Jerozolimy

Chciałam niniejszym, korzystając z wolniejszego dnia przesłać wam serdeczne pozdrowienia z Izraela :) Dziś akurat mija połowa mojego pobytu tutaj. W pierwszych paru dniach poznałam trochę Jerozolimę - odwiedziłam Ścianę Płaczu, Górę Syjon, Górę Oliwną, jak i powłóczyłam się nieco po Nowej Jerozolimie. W czwartek miałyśmy też dyżur w pokoju modlitwy, tam gdzie odbywają się nasze polskie tygodnie uwielbienia na święto Sukkot (w tym roku już po raz drugi).
*
Ja nie wiem dlaczego, ale odkąd przyjechałam, największe wrazenie robi na mnie temat tutejszych gór. Trochę mogę się domyślać dlaczego, wynika to bowiem bezpośrednio z Biblii, ale wydaje mi się, ze Pan chce mi przez to coś jeszcze powiedzieć, coś szczególnego dla mnie na ten konkretny moment mojego życia.
*
Tak np. z odwiedzanych w Jerozolimie miejsc największą radość i znaczenie miało dla mnie odwiedzenie góry Syjon. Właściwie to ta góra jest tak ukryta w mieście, że trudno zauważyć, że się weszło na jakąś górę, ale i tak byłam przejęta niesamowicie. Na górze Syjon znajduje się teraz jakiś kościółek + Wieczernik + grób Dawida. Co miłe jest. Ale najważniejsze, że to ona jest właśnie, ta góra Syjon. Ten fakt mnie rozbraja. I nawet nie do końca rozumiem dlaczego. Tak jakbym będąc tam weszła do samego środka Bożego serca.
*
A tak poza Jerozolimą to nic nie robi na mnie az tak wielkiego wrazenia jak miasta połozone na górze. A raczej osiedla. Pełno tu takich. Sama w takim mieszkam i widzę drugie takie z mojego okienka. Ja wiem, ze jest to wazne, dlatego, ze nie da się ukryć miasto połozone na górze. Wiem. Ale w moim zachwycie jest coś więcej - znowu nie wiem co. Węszę tu jakieś dodatkowe dno. Jakąś ukrytą mądrość. Czymś ten kraj różni się od mojego kraju i płynie z tego jakaś nauka. W moim bowiem kraju, jak teren jest pofałdowany, to w dolinach płynie rzeczka i jest dużo zieleni i osada. A im wyżej tym domki rzadsze, aż w końcu tylko trawka porasta. Tu nie tak się sprawy mają. Tu dolina jest pusta, głęboka, w kolorach czerwieni, brązu i pomarańczu. Pustynna. Jest w niej jakieś takie groźne piękno, jak w bardzo wysokich szczytach górskich. A im wyżej nad doliną, tym więcej zieleni, drzewek i ściśle do siebie przylegających lśniąco białych domków. W jednym z nich piszę te oto słowa.
*
No cóż jeszcze mam parę dni... Może odkryję o co z tym miastem na górze chodzi. Wiem że się nie ukryje. Ale dlaczego to aż tak piękne? Dlaczego widząc je czuję, że dotykam Tajemnicy. I to Tajemnicy Kluczowej?
*
Jeśli ktoś miałby wrażenie, że ma dla mnie jakąś podpowiedź w tej dziedzinie, proszę o sygnał ;)
*
Następny odcinek pewnie już z Polski. Jutro jadę do Yad Vashem, a w poniedziałek wraca Irenka - a wtedy wszystko może się wydarzyć... może nie być czasu pisać. Za to jak wrócę do domu, to poza wpisem, wrzucę też - myślę - sporą porcję zdjęć na flickra, tak że atrakcji będzie multum. A póki co pozdrawiam serdecznie. Shalom! I do następnego razu, Magda

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

W Nim spoczywa moja dusza

Cześć wszystkim! I takim to sposobem pierwszą część wakacji mamy już za sobą, a jutro wyruszam w długo wypatrywaną podróż do Izraela :)

*

Początek moich wakacji trudno powiedzieć, żeby był klasycznie wypoczynkowy, jako że po paru dniach pobytu nad morzem moja Patusia bardzo zachorowała - z tego co się zorientowaliśmy, w morzu pływała jakaś bakteria, o które zbyt późno ostrzeżono plażowiczów i to ona dopadła moją córę od Pana. Tak więc sporą część wyjazdu dzień i noc pielęgnowałam mocno sponiewieraną przez choróbsko istotkę. Za to wydarzyła się rzecz ciekawa, okazało się bowiem, że ze wszystkich możliwych wiosek nadmorskich właśnie w tej, gdzie osiedliśmy znajduje się rodzinna siedziba jednego z naszych najukochańszych warszawskich pastorów. Zarówno my jak i on i jego żona bardzo byliśmy przejęci tym "zbiegiem okoliczności" :)

*

Kolejny tydzień tłumaczyłam Pata Hollorana w Mikorzynie, co było równie wynagradzające, jak wyczerpujące, wróciłam więc do domu raczej zmęczona w ciele, ale - jak odkryłam - niezwykle odświeżona w Duchu. Pan dał mi łaskę wzrosnąć w trudnej sztuce pozwalania, aby moja dusza odpoczywała w Nim. Codziennie zaczynam dzień teraz od tego, że odcinam się od trzech niezgodnych z Bożym Słowem postaw, które - jak odkryłam, dość mocno się wcześniej we mnie zagnieździły. Nie jest to tak naprawdę nic odkrywczego, tak "na głowę", niemniej za każdym razem kiedy Pan daje mi łaskę głębiej zastosować którąkolwiek z tych postaw w praktyce, moje życie się zmienia. A więc: 

- Wyrzekam się nie Bożego martwienia się (mogę na Niego przerzucać wszelkie moje troski, bo Jemu naprawdę zależy na mnie i ma o mnie staranie - 1P5,7)

- Wyrzekam się nie Bożego poczucia winy (bo dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie nie ma już potępienia - Rz 8,1))

- Wyrzekam się nie Bożego poczucia odpowiedzialności za rzeczy, które tak naprawdę nie ode mnie zależą (bo i tak bez Niego nic nie mogę uczynić - J 15,5)

*

Ta praktyka modlitewna, do której - jak wierzę - poprowadził mnie Pan naprawdę zdjęła z moich ramion bardzo wiele ciężaru, z którego tylko częściowo nawet zdawałam sobie sprawę. Do pewnego stopnia oczywiście wiedziałam o różnych lękach, wyzwaniach i stresach, ale nieraz nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jakie rzeczy wyprawiały się w moich emocjach, dopóki Pan mnie z nich nie wyzwolił i dopóki nie odczułam różnicy jaką daje wolność od tych niepotrzebnych obciążeń. 

Pan pociągnął ten temat dalej na warsztatach proroczych, które odbyły sie w ostatnią sobotę. W pewnym momencie jedna piękna Boża niewiasta, która posługiwała na warsztatach miała szczególne doświadczenie obecności Jezusa, który prosił ją, aby przekazała obecnym, że chce On spotkać się osobiście tego dnia z każdym z obecnych i mówić do niego. Zachęciła nas, żebyśmy powiedzieli do Niego "Jezu" i mówili to, co nam Duch podpowiada, a On będzie do nas mówił. 

Zanim padła ta zachęta, czułam się spokojna, trochę może śpiąca, napewno nie przeżywałam jakichś emocjonalnych rozterek ani uniesień duchowych, wtedy jednak naprawdę poczułam, że Pan stanął bardzo blisko mnie, a ja - ku mojemu zdziwieniu - z wielkim trudem i wstydem - powiedziałam do Niego "Jezu" i dodałam pytanie zamiast wyznania - "dlaczego jest we mnie teraz tyle wstydu?". A On tylko powiedział trzy razy to samo zdanie, które pokazało mi stan mojego serca, o którym nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, a z którego Jego słowa mnie leczyły. Powiedział On mianowicie trzykrotnie: "Przyszedłem cię pochwalić a nie zganić".

*

Dopiero kiedy to powiedział, uświadomiłam sobie, że od dłuższego czasu z kimkolwiek z moich bliskich - czy to rodziny, ludzi z kościoła czy współpracowników - się nie spotykałam, albo kiedy dostawałam od nich maila, to spodziewałam się od nich nagany i wyrzutów, że ich zaniedbuję lub zawodzę ich oczekiwania. A cokolwiek bym nie robiła, zawsze gdzieś w podświadomości miałam wyrzuty sumienia, że nie zajmuję się czymś innym. Nikt mi nigdy nie dał powodu, abym się spodziewała tego typu zarzutów, a jednak nieprzyjaciel mojej duszy wkręcił mnie, nawet nie wiem kiedy. Chwała Bogu, któremu naprawdę zależy na nas i który daje nam więcej niż sami prosimy czy oczekujemy. 

*

Dziś przede mną pracowity dzień pakowania się i szykowania do wyjazdu. Mam bardzo wysokie oczekiwania - nie tyle nawet turystyczno-krajoznawczo-przygodowe, choć na pewno też i tego typu atrakcje będą sie wydarzać, ale właśnie w dziedzinie odpoczynku w Nim i wzrostu intymności z Tym, na którym całe moje życie jest zbudowane. 

*

Pozdrawiam was wszystkich, mam nadzieję, że dam znać wktótce po powrocie :) Polecam się waszym modlitwom. M

piątek, 7 sierpnia 2009

Czas na wakacje!


Hej kochani, godzina późna, więc napiszę tylko króciutko, żebyście wiedzieli, że żyję. Ostatnio sprężałam się bardzo, żeby skończyć tłumaczyć bieżącą książkę przed wielkimi wyjazdami i udało mi się wczoraj już wysłać ostatni rozdział przetłumaczonej na angielski pięknej książki Alinki Wieji o Siedmiu Słupach Mądrości. A jutro już w drogę - najpierw nad morze na tydzień z rodziną, czyli bratem i Asią i Natankiem, z siostrą Asi i jej rodziną, z przyjaciółmi Madzią i Krzysiem, no i oczywiście z moją Patusią. Potem na następny tydzień jedziemy tą samą ekipą na obóz organizowany przez Polskę dla Jezusa pod hasłem "Chodzić po wodzie". Będę tam tłumaczyć Pata Holorana - tego samego ciekawego człowieka, co w zeszłym roku o podobnej porze. Potem tydzień na przepakowanie i kilka dodatkowych przygotowań i jadę do Izraela na 10 dni - od 1-11 września. Pewnie uzbiera się wspomnień! Mam nadzieję, że uda mi się coś napisać. 

*

Ze Słów jakie ostatnio chodzą mi po głowie od Pana najbardziej w tej chwili leżą mi na sercu słowa, że "Bóg jest z nami". Niby proste, ale nasze stany nerwowe na codzień wskazują, że jednak nie zawsze to do nas dociera. A w tych dniach ostatnich każde wspomnienie tej prawdy, że Bóg jest ze mną jest dla mnie jak oddech świeżego powietrza, albo jeszcze lepiej, jak położenie głowy na świeżej pachnącej pościeli po długiej i męczącej podróży. Bóg jest ze mną i jest z tymi, których kocham, gdziekolwiek są. Niech więc i wam towarzyszy ta świadomość w całkiem nowym wymiarze i niech On, jeszcze bardziej niż urlopy i wakacje, będzie waszym całkowitym orzeźwieniem i odpoczynkiem. Choć oczywiście wakacji udanych też wam życzę :) Gorące uściski, M

poniedziałek, 13 lipca 2009

O Bożych skarbach

Hej, cześć! Bardzo chciałam podziękować wszystkim, którzy troszczyli się, dopytywali o to, gdzie zniknęłam, pytali się czy się modlić i mówili, że tęsknią za moim blogiem. To bardzo, bardzo wiele dla mnie znaczy i mam nadzieję, że wrócę kiedyś do regularnego pisania bloga, bo bardzo to lubię, bo bardzo lubię was i lubię fakt, że Pan Bóg sprawił, iż moje dzielenie może komuś być czasem zachętą. Kto wie? Może to nawet dziś wrócę do dawnej częstotliwości "pisarskiej". Nie jestem w stanie obiecać, ale być może, być może. 

*

Stan zapełnienia życia mi się całkiem zmienił, stąd tak mało piszę. Gdzieś tam w kwietniu pisałam wam, że Pan pobłogosławił mnie Królikiem i że Królik to wcale nie zwierzątko, tylko osoba i to bardzo cudowna. Ma na imię Patrycja, mogłaby być moją córką i tak też ją w duchu traktuję, a ona na mnie czasem mówi Matko Królicza. Patrycja zajęła bardzo ważne miejsce w moim sercu - i tak jak patrzę w dziennik duchowy, to widzę, że każdy krok tej relacji był kierowany przez Pana. Bardzo nadprzyrodzony czas. A od początku czerwca Patrycja została mieszkańcem mojego domu i możemy się nawzajem wspierać na codzień - kiedy mamy ku temu entuzjazm i kiedy entuzjazmu brakuje, tak jak to w życiu. Bardzo pouczające zajęcie. Jako że odkąd wyprowadziłam się z rodzinnego domu nie miałam współlokatora na stałe - i wcale nie chciało mi się mieć, to jest to dla mnie bardzo odkrywcze doświadczenie. I o dziwo - niesamowicie radosne i błogosławione. Czuję nareszcie, że ten dom jest zamieszkały - choć nigdy wcześniej nie miałam wrażenie, że jest pusty. Kiedy tylko jednak zobaczyłam ślady bytności innej niż własna, poczułam jakby stało się coś na co te ściany czekały od dawna i że dopełnił się jakiś etap przeznaczenia tego mieszkanka. Takie fajne, bardzo fajne uczucie. 

*

Pati jest niesamowitym błogosławieństwem i Pan przez nią leczy we mnie wiele rzeczy, które dawno czekały na uleczenie. Uczy mnie wielu rzeczy, które dawno czekały na to, bym się ich wreszcie nauczyła. W większej części Pati jest dla mnie źródłem "czystego" błogosławieństwa. "Czystego" mam na myśli takiego, jak człowiek każdą komórką czuje się błogosławiony, rozpieszczany i szczęśliwy. 

*

Czasem są jednak chwile, kiedy wiem w duchu, że doświadczam błogosławieństwa, ale boli to bardzo. Kiedy jestem rozciągana. Patusię Pan uratował z miejsc ciemnych i mrocznych, i pięknie ona w Nim wzrasta, wiele jednak trudnych spraw z przeszłości potrzebuje po trochu uleczenia. I te sprawy wymagają poświęcania czasu. Rozmów. Słuchania. Modlitw. Łez. Bycia z drugą osobą, w czasie bólu i trudu. Ufania Bogu w czasie, kiedy osoba, którą kochasz cierpi, a tylko On może pomóc. Wymagają nieustannego słuchania Pana, bo wszystkie ludzkie "programy" i "procedury postępowania" zawodzą. Niesamowicie intensywnie uczę się wiary, ufności i polegania na Nim a nie na sobie. Bóg włożył w moje serce niesamowitą miłość do Patusi. Jak ja to nazywam - wyrył mi ją na sercu. Odczuwam mocno, że to On nas spotkał i chce, abym była gdzieś blisko, kiedy On dokonuje czegoś w życiu Pati. On. On sam. Tyle słów otrzymałam na jej temat, wszystkie mówią o Bożym zwycięstwie w każdej dziedzinie życia i o tym że PAN SAM TEGO DOKONA.

*

Ciągle potykam się na tym punkcie. Wiem, że to On dokona, a wciąż łapię się w tych trudnych chwilach, że to ja rozpaczliwie próbuję coś zrobić i desperacko szukam, sposobu w jaki ja mogłabym jej pomóc. Uczę się modlić. Zostawiać osobę, która jest dla mnie ważna w ręku Pana. Uczę sie wierzyć. Uczę się stawiać opór lękowi. Trudne to. Bardzo trudne. Od wielu lat nie przypominam sobie trudniejszej lekcji. Ale wiem, że Pan wykorzysta to, aby zrobić coś absolutnie cudownego. Tak więc dla tych, którzy pytali, czy potrzebuję modlitwy, to tak. Bardzo potrzebuję modlitwy, aby mi Pan dał łaske wyuczalności i żebym przyswoiła tę lekcję. Aby to co przepiękne i to co trudne w tej relacji spełniło swój cel i ukształtowało zarówno we mnie, jak i w Pati, to co Bóg zamierzył. I bardzo wiele dla mnie będzie znaczyć, jeśli wspomnicie też czasem Pati, aby Pan dokończył w niej dzieło, które rozpoczął, i ogłosicie razem ze mną, zgodnie z obietnicą, że nic nie wyrwie jej z Jego ręki i że On sam wyzwoli ją z ręki silniejszego od niej (i, niestety, silniejszego ode mnie. Bo gdybym to ja mogła go pokonać.... hmmmm włącza się we mnie lwica).

*

Nie chcę, żebyście odnieśli wrażenie, że jest mi jakoś tak strasznie ciężko. Przychodzi mi trochę porównanie do matki malutkiego dziecka, która jest zmęczona, niedospana, niepewna co ma robić, spięta, bo wszystko jest nowe i nie ma w niczym doświadczenia, a nic nie chce zepsuć. Jest więc może trochę bardziej znużona i zagubiona niż zwykle... ale bardzo się cieszy, że dzidziuś jest na świecie, a jego śmiech, oczka, uszka, rozkoszne dźwięki, jakie wydaje, sam fakt, że istnieje, jest dla niej największym błogosławieństwem. I pomimo ceny, jest szczęśliwa i spełniona. Pati ma już 21 lat, więc nie jest słodka w ten sam sposób jak bobasek. Jest jednak wspaniała i niepowtarzalna na tyle różnych innych sposobów. Jest niesamowitym klejnotem, którego Pan uczynił bezgranicznie drogocennym. I jestem szczęśliwa, że ją znam. Codziennie dziękuję za nią Bogu. 

*

A tak poza tym? Mam kursy wakacyjne. Tłumaczę dwie książki naraz. Będę tłumaczyć na wyjeździe z Patem Holloranem w sierpniu. Być może pojadę  na tydzień nad morze z rodziną tuż przed tym wydarzeniem. A na początku września jadę na 10 dni do Izraela :) z czego niezwykle się cieszę. 

I to by było na tyle. Zobaczymy co będzie dalej. Pati rozkołysała łódeczkę mojego życia dość mocno, tak że nie mogłam myśli utrzymać na tyle długo stabilnie, żeby coś tu pisać - ponad miesiąc. Ale ostatni tydzień już bardzo ciągnęło mi łapkę do pisania. Może następny raz będzie więc szybciej niż za miesiąc? Cokolwiek by nie było, życzę wam wspaniałych wakacji i wypoczynku. I jeszcze raz dziękuję za troskę i pamięć. Jesteście wspaniali. Jesteście klejnotami w Bożym ręku, bezgranicznie cennymi. Przesyłam uściski. M 

*

P.S. Aha! I jeszcze z takich drobnych ciekawostek 16 lipca mam 40-te urodziny :)))) To już w ten czwartek! Ale numer, hi hi hi.

środa, 10 czerwca 2009

Chyba chodzę po wodzie?

Chciałam tylko uspokoić wszystkich zastanawiających się, czy żyję, ze zyję i mam się dobrze. Co prawda w wielu aspektach, moje zycie nie przypomina tego życia, które wiodłam poprzednio, ale są to dobre zmiany. Rosnę. Bóg codziennie mnie zaskakuje, a ja otwieram buzię ze zdziwienia tym co się dzieje ze mną i wokół mnie, chyba całkiem tak jak by to robił ktoś, kto chodzi po wodzie, wiedząc, że to niemożliwe a jednocześnie nie mogąc zaprzeczyć realności swojego doświadczenia.

*

Tyle na tę chwilę powiem. Ale ciąg dalszy nastąpi. Napewno nastąpi ciąg dalszy przygód Madzi z Panem Bogiem, codziennie dzieje się ciąg dalszy. A może nawet nastąpi ciąg dalszy bloga... wierzę, że nastąpi.

*

Uśmiecham się do was serdecznie, ze środka wodnej tafli, z niegasnącym zadziwieniem, ze w takim miejscu się znalazłam...

*

Pozdrawiam gorąco! M

czwartek, 21 maja 2009

Zejście z góry

Kochani. Dziś raczej nietypowo, bo dzisiaj to ja potrzebuje zachęty. Ale moze będzie dla was jakimś zbudowaniem to, ze nie ma ludzi, którzy nie byli by nigdy w sytuacji, kiedy potrzebują wsparcia i poddźwignięcia ze strony innych. Wszyscy potrzebujemy siebie nawzajem.

*
Ostatni mój post był o wezwaniu do walki, na które to wezwanie zareagowałam, jak mozecie przeczytać ponizej, z gotowym sercem i pasją. Nic dziwnego więc, że walka nadeszła. Ale tak jak to w zyciu chrześcijańskim bywa, kiedy zgadzamy się na coś radykalnego, zwykle odkrywamy, ze nie wiedzieliśmy na co się zgadzamy i ze kiedy to, na co się zgodziliśmy nadchodzi, jest to o wiele trudniejsze i bardziej bolesne niz zakładaliśmy, a my wcale nie potrafimy zachować się tak dzielnie, jak się spodziewaliśmy.
*
Walka nadeszła i uderzyła przede wszystkim nie we mnie, ale w osoby, które kocham. Bardzo kocham. Poważnymi chorobami, okropnymi opresjami. Chyba spodziewałam się, że będzie mnie bolało, i przygotowałam się na to. Nie przygotowałam się na ból bliskich, wobec którego jestem, tak po ludzku, całkowicie bezsilna.
*
Kiedy byłam jeszcze na konferencji z Dale'm, tej bojowniczej, miałam sen o tym że zjeżdżam na wielkich zjeżdzalniach z wielkiej góry. Zjezdzał ze mną jeszcze ktoś, kogo twarzy nie pamiętam. Miałam wrażenie, że jest bardzo ważne, słuszne i pożądane, żebym dotarła na dół góry. Na każdym podeście, który oddzielał poszczególne etapy zjeżdżalni, ktoś zły próbował nam przeszkodzić w dalszej drodze, zawsze jednak udawało nam się wyrwać i pędzić dalej. Obudziłam się nieco zbita z tropu, bo droga w dół to symbol często kojarzący się negatywnie. A tu wydawało mi się, że własnie jazda, i to szybka, w dół to radosna i piękna wola Boga, a ci, którzy chcą w tym procesie przeszkodzić, reprezentują duchową ciemność. Kiedy pytałam Pana, przypomniał mi się wodospad z książki "Jak nogi łań na wyżynach" i trochę podobny motyw potem potwierdziła mi moja bratowa. Zjeżdżanie w dół, schodzenie z wyżyn, to opuszczanie naszego ciepłego mieszkanka z Bogiem, branie swojego krzyża i naśladowanie Jezusa w słuzbie drugiemu człowiekowi, słuzbie, która zakłada prawdziwe zapieranie się siebie i umieranie dla siebie. Znaczy to tez, jeszcze bardziej, schodzenie z góry pychy do miejsca pokory i złamania przed Bogiem, kiedy już nie liczymy w ogóle na siebie i kiedy On wreszcie moze działać.
*
I to mi się zgadza, szczególnie to ostatnie. Wszystkie moje mądrości duchowe i gotowe, szybkie rozwiązania, których byłam tak pewna w początkowej fazie wydarzeń, szybko znikały, pozostawiając mnie w coraz większej świadomości mojej bezsilności i tego, ze jeśli Bóg nie zainterweniuje, wszystkie moje wysiłki na nic. Że nie mogę zrobić właściwie nic, tylko ufac Jemu. I uczyć się modlić. I uczyć się wierzyć. I uczyć się.
*
Nawet nie umiem określić tak naprawdę co się tak właściwie dzieje. To znaczy fizycznie wiem, ale co za tym stoi w świecie duchowym i o co chodzi w tych atakach - to w przewazającej części niewadoma. I jak na tę chwilę niewiele wiem o tym, jak powinnam postąpić, jak walczyć o tych, na których mi zalezy. Tłumaczę ostatnio ksiązkę o Mądrości. I tam przeczytałam o tym, jak Mądrość mówi, że jednym z najwazniejszych filarów naszego życia w Bogu jest filar Prawdy. I dlatego w kazdej sytuacji potrzebujemy modlić się do Boga, aby pokazał nam prawdę, Jego prawdę o danej sytuacji. I aby dał nam mądrość, nie tę ludzką, ale Jego mądrość. To jest teraz jedna z moich głównych, najbardziej desperackich modlitw. Emocje są tak duze, że potrzebuje tego jak powietrza. Bardziej niz czegokolwiek.
*
Wczoraj po takich modlitwach, miałam wrażenie, ze Pan powiedział mi, ze to co się dzieje, to szkoła walki o innych w modlitwie. Miałam w sercu pragnienie modlić się za całe grupy ludzi, miasta i narody, a tymczasem Pan pokazuje mi, ze nie potrafię tak naprawdę jeszcze walczyć w modlitwie nawet za pojedyncze osoby. Owszem, modliłam się za innych i to szczerze, ale nie walczyłam o nich w strategicznie zaplanowanej przez Boga bitwie, w posłuszeństwie, całkowitym złamaniu i pokorze, do końca. Myślałam, ze to robiłam, ale widzę teraz, ze to pierwszy raz. I trudna to nauka. Nie jest mi łatwo wobec zaciekłości nieprzyjaciół wybierać wiarę zamiast lęku. Przed atakiem wydaje się, ze będzie łatwo. W czasie ataku jest inaczej. Ale uczę się.
*
To by było chyba narazie na tyle. WIERZĘ, ze będzie dalszy ciąg i ze będzie on, prędzej czy później naprawdę budujący. Poki co proszę was o modlitwę i zachowuję w sercu iskrę nadziei, że - a nuż - dla kogos ten post był jednak jakąś zachętą.
*
Pozdrawiam gorąco. M

poniedziałek, 4 maja 2009

Wezwanie pod broń

Cześć kochani. Wróciłam właśnie byłam z Gorzowa i przywiozłam ze soba w sercu wiele zachęty, zadziwienia Bogiem, wiele świezej wiary i pasji do wzrastania w Chrystusie.
*
Jedno z pierwszych i najmocniejszych moich zadziwień wiąze się z tytułem i ilustracją tego posta. Tak jak pisałam poprzednio, ostatni czas obfituje dla mnie w tylez błogosławieństw co walk. Kiedy modliłam się w tej sprawie, Pan bardzo mocno przemówił do mnie słowami Psalmu 144:
*
"Błogosławiony Pan, skała moja! On zaprawia ręce moje do walki, Palce moje do boju! Łaska moja i twierdza moja, Obrona moja i wybawca mój, Tarcza moja i ucieczka moja".
*
Dotychczas byłam zwykle osobą, która strasznie tęskniła za tym, zeby ktoś mnie zrozumiał, wsparł, stanął za mną w momencie, kiedy bywało mi cięzko. Najczęściej jednak ludzie wychodzili z załozenia, ze sobie sama poradzę. No i faktycznie, radziłam sobie, ale smutne to było radzenie. Stawanie do walki o zwycięstwo duchowe, bez oglądania się na nikogo poza Jezusem nie było czymś, co sprawiało mi przyjemność. Tak bardzo pragnęłam, żeby ktoś taki po ludzku namacalny za mnie powalczył... A przynajmniej ze mną.
*
No i chyba coś w tym dalej jest, ale jednocześnie ostatnie różne moje sytuacje + ten werset coś zaczęły we mnie budzić. Taką determinację do walki, która trochę mnie przeraża, a trochę budzi ekscytację. Budzi ekscytację, bo zaczynam wierzyć na innym poziomie niz dotychczas, ze Chrystus na krzyzu naprawdę pokonał moich nieprzyjaciół! Był to jeden z kluczowych wątków w moim duchowym zyciu ostatnich tygodni.
*
Myślałam sobie jednak, że jest to kwestia, którą Pan uczy mnie w moim skromnym zyciu. Tymczasem Dale przyjechał i mówi, ze kiedy pytał się Pana, o czym mam mówić w czasie tej podróży do Europy, to dostał bardzo wyraźne polecenie z Joela 3,14-15.
*
Obwołajcie to wśród narodów! Ogłoście świętą wojnę! Powołajcie pod broń bohaterów, niech przyjdą i wyruszą wszyscy wojownicy! Przekujcie swoje lemiesze na miecze, a swoje sierpy na oszczepy! Kto słaby, niech mówi: Jestem bohaterem!
*
Pan mówi nam, ze teraz jest dla całego kościoła, a nie tylko dla Madzi, czas walki, a raczej stawania przez wiarę w zwycięstwie, które Jezus nabył swoją krwią na krzyżu. Oczywiście nie oznacza to jakiejkolwiek agresji słownej czy fizycznej, ale radykalną zmianę naszych priorytetów, tak, aby Bóg zajął naprawdę pierwsze miejsce w naszym zyciu, wejście na nowy poziom modlitwy i postu, bezkompromisowe rozprawienie się w swoim życiu z niewiarą i lękiem.
*
Czujesz się za słaby na walkę? To znaczy, ze właśnie do ciebie jest to Słowo. Wróć jeszcze raz do ostatniego zdania Joela 3,15. Otwórz swoje usta i powiedz kim jesteś - ze względu na krzyz Chrystusa.
*
Dale dzielił się w czasie spotkania ciekawym dialogiem, który miał z Bogiem. Pan zapytał go:
- Czy dałem Ci krzyż?
- Tak! - odpowiedział Dale
- Czy mój krzyz wystarczy?
- Tak Panie! - zapewnił Dale
- Dlaczego więc zyjesz, jakby on nie wystarczał?
*
Myślę, ze to wazne przesłanie dla kazdego z nas. Moze nie staniemy sie z dnia na dzień nieustraszonymi wojownikami (choć czemu nie?), ale warto wejść na drogę zmiany. Warto zebyśmy przestali być niedowiarkami. Bo właśnie teraz jest na to czas.
*
Pozdrawiam gorąco. M

czwartek, 30 kwietnia 2009

Przestrzeń Błogosławieństwa i okolice

Cześć wam wszystkim :) Dziś pozwolę sobie napisać nieco bardziej faktograficznie. Kwiecień się kończy ;), a ja dalej przechodzę ciekawe czasy. Piec to jeszcze, czy już poza piecem, sama nie wiem. Ale dzieje się, dzieje, co do tego nie ma wątpliwości. Przeżywam tyleż burzliwych walk co rozbrajających błogosławieństw, ale w każdej walce doświadczam tak wiele Bożej łaski, że nie wiem, czy to można jeszcze nazywac w ogóle zmaganiem. Chyba troszeczkę jeszcze owszem. Jedno tylko jest pewne: moje zycie jest pod Bozą kontrolą, a nie moją własną. Odkrywanie tego faktu wciąz na nowo i głębiej przeraza mnie i zachwyca.

*
Z błogosławieństw mogę wymienić na pewno to, ze:
>
Kupiłam już na 1 września bilet w moją pierwszą w życiu podróż do Izraela (co to będzie!)
>
Mieliśmy wspaniały pokaz filmowy w ramach naszych Ciekawych Inicjatyw Sąsiedzkich. Film "Boska Interwencja". Bóg był tak blisko i wiele dobrych ziaren zostało zasianych dla Królestwa!!!
>
Dostałam od Pana niesamowicie cudowny dar w formie Królika. Królik to osoba. Co więcej jest to bardzo cenna w Bożych oczach osoba, na której ręka Boża spoczywa i która odnajduje właśnie drogę z ciemności do objęć Ojca. Królik jest dla mnie niebywałym błogosławieństwem, a jeśli czyta to przypadkiem, to serdecznie pozdrawiam.
>
Mogłam świętować urodziny mojego braciszka i rocznicę ślubu jegoż i Asieńki.
>
Uczestniczyłam w niesamowitych Warsztatach Proroczych, których - co więcej - będzie więcej. Niesamowicie się cieszyłam, ze byłam tam z ludźmi z naszego kościoła i wszyscy byli zachęceni i umocnieni i pełni Bozego męstwa i zapału, zeby to czego się nauczyliśmy stosować zyciu. Co tez zrobiliśmy następnego dnia. Czego beneficjentem (a raczej beneficjentką) był zresztą znany wam już Królik.
>
Skończyłam tłumaczyć bardzo fajną książkę "Moc modlitwy rodzica" i zaczęłam nową książkę, nie dość, że wspaniałą to jeszcze będącą szczególnym wyzwaniem, bo tłumaczę ją z polskiego na angielski. Wspaniałe to dzieło napisała znana wam być moze Alinka Wieja, a tytuł "Siedem Słupów Mądrości - czyli jak zyć w Przestrzeni Błogosławieństwa" - przy okazji gorąco polecam.
>
Doświadczałam codziennie tego, że Pan jest moim Pasterzem, Tatusiem, Przyjacielem, Obrońcą, Uzdrowicielem, Nauczycielem.
>
Nauczyłam się od Niego wiele, szczególnie na temat modlitwy, słuchania Jego głosu, na temat tego co jest a co nie jest celem mojego życia, na temat wyznawania grzechów i usuwania ich z drogi wzrastania w intymności z Bogiem i na temat pustyni, na którą Pan zawsze wyprowadzał każdego, którego chciał przygotować do nowego waznego zadania.
>
I wiele wiele więcej błogosławieństw, z których wiele ma imiona i nazwiska i są źrenicami Bozego oka.
*
Ajajaj a to tylko naprawdę powierzchowny telegraficzny skrót. Tyle tych błogosławieństw, ze jak tak zrobiłam krok w tył i popatrzyłam spokojnie, to aż dech zapiera.
*
Jak teraz wymieniłam błogosławieństwa, to stwierdzam, ze walki, choć spektakularne i tak są nieliczne, i nawet o tych nie ma co gadać, bo i tak w nich wszystkich Jezus już zdobył zwycięstwo.
*
A tymczasem Tata zabiera mnie w podróz na długi weekend do Gorzowa, gdzie przebywać będzie Dale Anderson (ten co kiedyś mówił w Kielcach o Czasach Ostatecznych, a wcześniej o Sercu Dawida). Wygląda nawet na to, ze moze pouczestniczę tym razem na spokojnie, bo w Gorzowie jest wspaniały tłumacz na miejscu. To dla mnie egzotyczna perspektywa być na konferencji i nie tłumaczyć. Tym razem tematem będzie Intymna Relacja z Bogiem, co w sumie moze znaczyć prawie wszystko - ale napewno będzie to to, o co naprawdę chodzi!!!
*
Jeszcze jednym z błogosławieństw które mnie spotkało to zblizający się wyjazd na konferencję z Johnem Paulem Jacksonem w Wiśle. Może niektórzy z was wiedzą, ze przez jakiś czas współpracowałam dość intensywnie z jego służbą na rózne sposoby i wiele się w moim zyciu przez to powydarzało dobrego, a ten wyjazd to pierwsza po ładnych paru latach okazja do spotkania. Jestem niezwykle przejęta, taką mieszanką ekscytacji i bojaźni.
*
Jakbyście chcieli być świadkami tego spotkania, to poniżej info ;) Oczywiście warto rozważyć przyjazd, ale bynajmniej nie z powodu mozliwości obserwowania moich ekscytacji. John Paul ma wspaniałe serce i niesamowite prorocze wejrzenie w Boży charakter i naturę, a na dodatek w rózne nadprzyrodzoności. Kocha Pana i ludzi i pragnie aby byli zmieniani przez prawdziwe poznanie tego jak wspaniały jest Pan i jak niesamowite Jego myśli o nas i Jego plany dla naszego zycia.


*
Hej, to ja juz powoli się zwijam, bo późno się robi, a mnie czeka jutro długa podróz. Zyczę wam wspaniałego długiego weekendu. Niech Pan otwiera wasze oczy na bogactwo błogosławieństwa, jakim Pan napełnia wasze zycie. Bo On nie ma wzgledu na osoby.
*
"Boska jego moc obdarowała nas wszystkim, co jest potrzebne do życia i pobożności, przez poznanie tego, który nas powołał przez własną chwałę i cnotę, przez które darowane nam zostały drogie i największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami boskiej natury, uniknąwszy skażenia, jakie na tym świecie pociąga za sobą pożądliwość" (2 Piotra 1,3-4).
*
Pozdrawia was gorąco juz nieco śpiąca i nieskładna, ale wciąż jednak MadziaMadzia :)
*

piątek, 24 kwietnia 2009

Czekając na deszcz

*

Taki mam jakiś przedziwny czas teraz.

*

Z jednej strony bardzo po ludzku zajęty.

Z drugiej strony pełen Boga, Jego głosu i czasu z Nim.

*

Z jednej strony pełen zmagania i trudu.

Z drugiej strony pełen błogosławieństwa i bliskości Pana.

*

Z jednej strony coraz lepiej poznaję Pana.

Z drugiej strony coraz bardziej desperacko za Nim tęsknię.

*

Z jednej strony chciałabym coś napisać...

Z drugiej strony chyba jeszcze zaczekam.

*

Tymczasem posłuchajcie razem ze mną pieśni,

A jeszcze lepiej - zaśpiewajcie razem ze mną Panu

Az przyjdzie.

Tęsknię za Nim

Bardziej niz za czymkolwiek na świecie.

Tęsknie.

*

Pozdrawiam gorąco. Wrócę. M

piątek, 10 kwietnia 2009

W Nim mamy wszystko...

Hej, mam wrazenie, ze w zwiazku z Paschą piec mi cokolwiek zelżał... moze nawet ustępuje!!! A moze to poprostu kwestia półtora dnia wypoczynku i ciszy, które sprawiły, ze moje duchowe uszy zaczynają znowu być w stanie usłyszeć to, co mówi do mnie Pan. A mówi On słowa pokoju, radości i zwycięstwa.
*
Dostałam na ten wspaniały czas niesamowite Słowo od Pana, którym się podzieliłam zresztą z większością moich kochanych znajomych w ramach życzeń świątecznych. Pochodzi ono z 2 P 1,3-4:

*
"Boska jego moc obdarowała nas wszystkim, co jest potrzebne do życia i pobożności, przez poznanie tego, który nas powołał przez własną chwałę i cnotę, przez które darowane nam zostały drogie i największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami boskiej natury, uniknąwszy skażenia, jakie na tym świecie pociąga za sobą pożądliwość".
*
To niesamowite, że Boza moc obdarowała nas wszystkim - a to znaczy naprawdę wszystkim! - czego nam potrzeba do zycia i pobozności. Jeśli jesteś podobny do mnie, to czasem się zastanawiasz - jeśli nie świadomie, to przynajmniej podskórnie - czy masz w sobie "to coś", co pozwoli ci wypełnić Boże przeznaczenie, uradować serce Ojca i cieszyć się nagrodą w niebie. Słowo Boże zapewnia nas, że tak! - że mamy w Panu wszystko, czego potrzebujemy, aby tak właśnie przeżyć swoje życie. Podkreślam tu: swoje życie.
*
Nie mamy wszystkiego, czego potrzeba, aby przezyć życie osoby, która w danej chwili nam imponuje, albo której udało się nas w jakimś stopniu przekonać, że stanowi jedyny możliwy do zaakceptowania format i standard życia w Bożym Królestwie.
*
Jak niesamowita jest w nas różnorodność!!! Jak przeróżne i cenne dary Boga dla każdego z nas. Jak bardzo Jego myślenie o niebiańskich strategiach dla naszego życia inne od naszego własnego myślenia. I to własnie na to życie - to, które jest w Jego zamyśle, otrzymaliśmy wszystko, czego nam potrzeba i każdą drogocenną obietnicę: Bożego prowadzenia, akcpetacji, tego, że Bóg weźmie nas w obronę, umocni naszego wewnętrznego człowieka, pokaże, którą ścieżkę wybrać i wiele wiele więcej.
*
Piec fajnie jak się kończy, ale wiecie, że w jakimś sensie fajnie też jak trwa. Jest coś niesamowicie wyzwalającego w tym, ze zaczynamy rozumieć, że "my" to nie to samo, co "nasze emocje" i pokładamy naszą głęboką, zdeterminowaną ufność w Bogu i w Jego Słowie - takim jak na przykład to powyzsze - bez względu na to jak się czujemy. I mamy świadomość, że emocje, których nasz nieprzyjaciel tak często używa, żeby nas tłamsić, nie działają już przeciwko nam. Nie musimy się juz bać.
*
Życzę wam w tym wspaniałym czasie Paschy naszego Pana, abyście prawdziwie odpoczęli od szarpaniny emocji i od zamartwiania się, czy aby macie wszystko czego potrzeba, aby przeżyć po Bożemu to życie. Modle się abyście znaleźli wytchnienie w poznaniu konkretnych obietnic, jakie Bóg ma wobec was i głębokiej i zdeterminowanej ufności pokładanej w Jego wierności tym obietnicom i Jego miłości wobec was.
*
Niech wasz duch, dusza i ciało doświadczą Bożego shalom - czyli pokoju, głębokiej radości, uciszenia, szczęśliwości, poczucia bezpieczeństwa, dobrobytu i wszystkich najlepszych rzeczy jakich przygotował dla was Pan - tych, których oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, większych niż wszystko, czego oczekujemy i o co prosimy.
*
A więc Shalom, kochani. Shalom na czas świąteczny. Shalom na każdy wasz dzień.
Pozdrawiam, M

wtorek, 7 kwietnia 2009

Teraz słucham :)

sobota, 4 kwietnia 2009

Nie spali cię ogień :)

Hej hej! Trochę mi głupio, ze na tak długo was porzuciłam. Wynika to mianowicie stąd, ze dwa tygodnie temu, z piątku na sobotę miałam sen, w którym przewijał się wciąz wątek Księgi Daniela, rozdział 3. Rano zajrzałam do Biblii, mając nadzieję znaleźć tam jakiś budujący fragment na temat sprawiedliwych co jasnieją na wieki jak gwiazdy na niebie, albo coś takiego. Niestety, rozdział trzeci, jak się okazuje, zawiera opowieść o piecu ognistym. Jak tylko to zobaczyłam, wiedziałam, ze Pan chce mi coś powiedzieć. To, co Pan chciał mi powiedzieć ucieszyło bardzo mojego ducha, natomiast moja dusza i ciało zareagowały wręcz przeciwnie. Na szczęście rozdział zawiera całą historię, łącznie z happy endem. Na ten fakt zareagowałam z radością w całkowitej wewnętrznej jedności ducha, duszy i ciała.

*
No i rzeczywiście, tak jak Pan przez Daniela zapowiedział, tak też się dzieje od tamtej soboty począwszy. W piecu zaś trudno skupić myśli a i klawiatura się szybko topi, stąd krótka przerwa w blogowaniu. Dobra wiadomość jest taka, że i pośród pieca Pan jest ze mną, daje mi pociechę i wytchnienie, a co najważniejsze już niedługo mnie z tego pieca wyprowadzi. Co więcej wyprowadzi mnie w stanie nietkniętym, ale za to bez więzów, z którymi do pieca wlazałam!!! A to jest naprawdę fajna perspektywa.
*
Pozdrawiam was gorąco (hi hi) i przesyłam uściski z okazji nadejścia wiosny, miesiąca kwietnia :)))), zbliżającej się Paschy :) Będę w kontakcie!!! M

wtorek, 10 marca 2009

Okna Duszy

Cześć wam! A więc powróciłam juz z Wisły i zgodnie z obietnicą parę słów. Była to jedna z najbardziej niezwykłych podrózy, jakie kiedykolwiek przezyłam. Wszystko, od momentu, kiedy znalazłam się na Dworcu Centralnym w piątek rano, az do czasu, kiedy wróciłam tamze w niedzielę popołudniu mówiło mi o tym, ze nigdy nie wymyślę sama sobie ciekawszego zycia niz wymyśli mi Pan, i że On kieruje moimi krokami.

*
W czasie tej podrózy przewijali mi się po kolei przed oczami (prawdziwymi moimi fizycznymi oczami) ortodoksyjni Żydzi, znane postacie polskiej sceny politycznej i pewien tajemniczy gość, o którym z jakiejś przyczyny ostatnio tak wiele słyszę od moich znajomych, ze mam wrazenie, iz jest on moim własnym starym znajomnym. Wyłaniali się po kolei ze schodów ruchomych, a ja czułam się, jakby ktoś zamknął mnie na moich najczęściej odwiedzanych stronach internetowych i wszystko co tam jest nagle nabierało trzech wymiarów. Kazda z tych postaci wydawała się przedziwnie nieprzypadkowa, podobnie jak Afgański uchodźca, z którym dzieliłam przedział w drodze do Katowic, który opowiadał mi swoją poruszającą historię, albo studentka języka polskiego ze Słowacji, z którą dzieliłam przedział wracając do Warszawy, a która okazała się chrześcijanką, uczęszczającą w Warszawie do wspólnoty prowadzonej przez człowieka, z którym wiązą się moje pierwsze kroki w Chrystusie 21 lat temu.
*
O tym, ze Pan kieruje zyciem, które włozyłam w Jego ręce, przypominało mi to, ze z Warszawy na konferencji obecne były przede wszystkim dwie wspólnoty, obie ostatnio w centrum mojej uwagi modlitewnej, obie kluczowe w temacie pojednania i przemiany, o którym pisałam niedawno po powrocie z Czech. Kazdy wykład, kazda rozmowa, czy to z organizatorami, czy to z rodziną, u której mieszkałam, czy to z zapoznaną na konferencji nową znajomą, z którą wracałam całą niemal drogę do Warszawy, potwierdzały, umacniały, rozwijały coś, co Pan juz dopiero co do mnie mówił, a wszystko do siebie nawzajem pasowało i nawiązywało.
*
Wciąż nie moge wyjść z zadziwienia tym wszystkim co się działo. Jakby mnie kto włozył do chrześcijanskiej alegorii. Jakbym była jedną wielką Wędrówką Pielgrzyma. Czułam się naprawdę jak bohaterka z raczej dość fantastycznej opowieści genialnego autora. Stoję z rozdziawioną buzią i nie mogę wyjść z podziwu dla tego, czego doświadczyłam a jednocześnie nie mogę się doczekać co to oznacza dla mojej przyszłości.
*
Kiedy tylko wróciłam, trafiłam akurat, w ramach kolacji, w GOD TV na wykład Lou Engla, który mówił o tym, ze zycie moze być przezywane tylko do przodu, ale rozumiane tylko do tyłu. I nawoływał do tego, aby pamiętać o tych wydarzeniach w naszej przeszłości, które nazwał Oknami Duszy. Owe Okna Duszy to takie chwile, kiedy twoje poszukiwanie Boga i Jego poszukiwanie ciebie nareszcie się spotykają. To chwile, kiedy wiedziałeś ponad wszelka wątpliwość, ze spotkałeś zywego Boga, ze stałeś na ziemi, która jest święta, ze przeniosłeś się do rzeczywistości całkowicie nie z tego świata. Czasem są to przedziwnie nieziemskie zdarzenia i spotkania, takie jak mój ostatni weekend. Czasem Słowo Boze, które Bóg ozywia w nas, tak ze całe serce nam płonie, albo Jego szept w naszym sercu, który swoją chwałą przygniata nas niemal do ziemi. Czasem jakiś prawdziwy regularny cud, który nie pielęgnowany z czasem jednak blednie i powszednieje. Czasem łzy. Oj to było bardzo do mnie. Lou powiedział: "Zwróć dokładną uwagę na swoje łzy, bo one wskazują ku twemu przeznaczeniu". Nie chodzi tu o łzy niewiary i litowania się nad sobą. Ale są takie łzy, kiedy coś tak bardzo cię porusza. Niezgoda na coś. Tęsknota za czymś. Pokuta. Pragnienie. Coś, co jak się dobrze zastanowisz, to nie masz wątpliwości, że to jest z Boga. I Lou dalej mówił, ze kiedy nie pozwalamy sobie zapomnieć o Oknach Duszy, kiedy zyjemy w Oknach Duszy, nasze serca nie przestają pałać. Nie przestajemy się zblizać do Ukochanego Naszej Duszy. Stajemy się Pochodnią Miłości.
*
Ja ponad wszelką wątpliwość doświadczyłam w ten weekend takiego Okna Duszy. Zachęciło mnie to nie tylko do zapamiętania tego Okna na zawsze, ale do świeżego dziękczynienia za wszystkie Okna Duszy z przeszłości, szczęśliwie zapisane w róznych duchowych dziennikach, ku wspomozeniu ułomnej ludzkiej pamięci. Zachęcam cię, zebyś tez sięgnął po stare zapiski i zdmuchnął kurz ze swoich Okien Duszy. Jeśli nie masz zapisków, poproś Pana, aby ci takie zdarzenia przypomniał. A jeśli jesteś pewien, ze jeszcze nie natknąłeś się na Okno Duszy, poproś Jezusa, aby poprowadził cię do niego. Jezus jest Drogą, więc poprowadzi cię napewno, tylko trzymaj się Go i idź do przodu. A kiedy juz odnajdziesz swoje Okna Duszy, dziękuj. I wielbij. I zdejmij buty, bo ziemia Twojego życia jest ziemią świętą - gdzyż zstąpił do niego - tak! do twojego zycia! - prawdziwy Bóg.

czwartek, 5 marca 2009

***
Hej dzisiaj bardzo króciutko i informacyjnie, ze wybywam do Wisły na powyzszą konferencję, w celu aby Powstać i Zajaśnieć. A tak przy okazji będę tłumaczyć. Mam nadzieję, ze jak wrócę będę miała czas napisać coś więcej. Ostatnio czasu nie miałam w ogóle blogowego, albowiem jak tylko napisałam posta o Rozdartej Zasłonie, zasłona rozdarła się i dziać się zaczęło dziać dziać! Bóg jest dobry i wierny i jest bardzo ciekawie, ale coś za coś. Muszę jeszcze chwileczkę pomilczeć na blogu, ale juz niedługo.

Dla dopytujących się zainteresowanych Yunem informuję, ze tłumaczenie juz skończone. Wydawnictwo zdaje się planuje wyrobić się w marcu z wydaniem, albo jakoś tak. Baaaaaaaardzo polecam. Jest to jedna z tych książek, które całkowicie wstrząsnęły moim jestestwem. I być może w jakimś stopniu przyczyniła się do rozdarcia mojej osobistej zasłony (wspomnianej w poprzednim akapicie). No, moze nie ksiązka sama, ale modlitwy, do których Duch mnie skłaniał w czasie tłumaczenia. Jeśli jesteś głodny tego, zeby jeszcze bardziej znać Pana i chodzić jeszcze blizej Niego, znać Jego serce i słuzyć Mu, to naprawdę i zaprawdę ksiązka to dla Ciebie.

Całuję i lecę jaśnieć. M

sobota, 21 lutego 2009

Rozdarta zasłona

Czy to nie jest zadziwiające, jak nieraz w ciągu paru krótkich dni, kazda ksiązka, artykuł, audycja, program, których słuchasz mówi ciągle o jednym i tym samym? Ja rozumiem, zeby to się powtórzyło raz, albo dwa. Ale nieraz natęzenie tych powtórzeń jest tak duze, ze człowiek juz nie moze uciec przed podejrzeniem, ze chyba Bóg próbuje zwrócić mu na coś uwagę.

*
Coś takiego spotkało mnie w tygodniu, który właśnie minął. A obrazem, który powtarzał mi się bez przerwy, i jak niektórzy mówią "na wciąż", był obraz zasłony przybytku, która rozdarła się w tym samym momencie, kiedy Jezus oddał zycie na Krzyzu za kazdego z nas. Zasłona, która oddzielała ludzi od Boga w jednej chwili rozchyliła się i otworzył się wolny przystęp do Miejsca Najświętszego. Dla mnie i dla ciebie otworzył się dostęp do Pana i Stwórcy wszechświata. Naszego Ojca. Tego, który nie tylko kocha, ale który jest miłością. I doskonałością. I dobrocią. Który nie tylko przygotował dla nas nagrodę, ale który sam jest naszą nagrodą. Nie ma nic wspanialszego, co mogłoby nam się przydarzyć i czego moglibyśmy pragnąć niż On.
*
To jednak nie wszystko. Kazde przesłanie o rozdartej zasłonie, które słyszałam podkreślało pewien szczegół tego wydarzenia: a mianowicie to, że zasłona rozdarła się z góry na dół. Coś całkiem nienaturalnego. Jeśli już, to człowiek by sobie wyobrażał, że mogłaby się podrzeć od dołu, szczególnie gdyby nią pociągnać mocno w dwie strony. Ale nie, ona rozdarła się od góry na dół. Od strony nieba, ku ziemi. A więc jednak ktoś tę zasłonę faktycznie szarpnął w dwie strony, powodując rozdarcie. Tym kimś był Zasiadający na Tronie. Bóg.
*
Trudno mi wyrazić słowami to, co poruszyło moje serce, kiedy to wreszcie do mnie dotarło. Bo to właściwie coś, co ja głową i tak bardzo dobrze wiem od dawna. A mianowicie, ze wszelkie przyblizenie do Boga, wszelki dostęp do Niego, wszelki postęp duchowy, wszelkie nasze nawrócenie, wszelkie poznanie Bożego serca, wszelki objawienie, wszelki owoc, wszystko pochodzi od Boga. Nie pochodzi z naszych wysiłków. Gdzieś nam coś tak ciągle się dziwnie kojarzy, niby, ze jak człowiek popości 3 dni w tygodniu zamiast jednego, to dostęp do Boga będzie bardziej otwarty niż jest. Ze jak się będzie wołać do Niego tyle a tyle godzin i w ten czy inny sposób, to uzyska się efekt w formie nie wiadomo jakiego przełomu albo downloadu nadprzyrodzonej informacji. Ze jak wreszcie wpadnę na właściwy trop, ze jak odpowiednio sie spręzę, to wtedy juz na pewno Się Wydarzy. To coś, co jeszcze się nie wydarzyło.
*
I takim sposobem, jeśli po tej czy innej duchowej akcji coś się zaczyna dziać, mamy pokusę, aby uważać, że to dzięki temu co zrobiliśmy.
*
Jeśli natomiast pomimo naszych działań, nie dzieje się nic, czujemy się winni i myślimy co robimy nie tak. Może robimy za mało? Może w niewłaściwy sposób? I wdaje się poczuce winy, zniechęcenie, spięcie, lęk, wrazenie oddalenia od Boga. I co jeszcze. Ale na pewno nic dobrego.
*
Tymczasem jeśli cokolwiek się dzieje, to dlatego, ze Bóg to zainicjował. Dlatego, ze On sam, od góry rozdarł zasłonę między duszą a duchem, między ziemią a niebiem, między naszą niemocą a Jego wszechmocą. Tak. My mamy okazać posłuszeństwo. Ale to dzięki Jego łasce w ogóle widzimy, czemu mamy być posłuszni. To dzięki Jego łasce nasze pragnienie posłuszeństwa ma szansę zamienić się w czyn. To dzieki Jego łasce pragniemy wołać o miłosierdzie, o prowadzenie, o mądrość. To On. To On wszystko zaczął. On zna najlepszy moment i sposób. On wie wszystko. On jeden jest mocny. A my, kiedy unizymy się pod Jego potęzną ręką, wtedy On nas wywyzszy - w stosownej porze.
*
Choćbysmy nie wiem ile się spinali, nie wyprodukujemy niczego, czego On nie zrobi. Jesteśmy w tak wzruszający sposób całkowicie zależni od Niego. Budzi to we mnie jednocześnie poczucie bezsilności, i pokoju, i ulgi i pragnienie modlitwy, wołania, uwielbienia, wstawiennictwa, wywyższenia Jego imienia, pokuty, nawrócenia, posłuszeństwa. Budzi nadzieję. Wiarę. Budzi miłość do tego, w którym mogę wszystko. A bez którego nic.
*
Kochani. Zyczę nam wszystkim, zebyśmy pamiętając o zasłonie rozdartej od góry, odpoczęli po naszych własnych uczynkach, a stali się podatnymi narzędziami w tych dziełach, które wykonuje nasz Bóg.
*
Niech wam Pan obficie błogosławi, gdziekolwiek jesteście, głębszym poznaniem Jego samego, i objawieniem, ze to właśnie On sam, w swoim nieskończonym pięknie, jest naszą nagrodą. Uściski :) M

środa, 11 lutego 2009

Hine ma tov...

Hej chciałam tak ogólnie dać znać, ze zyję.... Cosik się ostatnio zagalopowałam. Ciągle (furt) albo mnie nie ma, albo ktoś do mnie wpada z wizytą. Ot i tak, na refleksję mniej czasu niz by sobie człowiek zyczył... Ale i tak Bóg w tym wszystkim mówi i działa.

*
Ostatni weekend byłam w Czeskiej Republice, niedaleczko za polską granicą, w Czeskim Cieszynie i Trzyńcu, gdzie odwiedzałam jednych przyjaciół i uczestniczyłam w szkole proroczej prowadzonej przez innych przyjaciół... Bóg mówił wiele, bywało wesoło, bywało i trochę trudno, tak jak to bywa, gdy Pan dotyka głębi serca... Ogólnie rzecz jednak biorąc byłam ogromnie szczęśliwa z powodu tych kilkudniowych ferii, a to dlatego, ze niesamowicie lubię ten region Śląska Cieszyńskiego i tych ludzi, z którymi Pan mnie w jakiś sposób połączył.
*
Jedną z wielu rzeczy, które mi się tam podoba to mieszanka językowa. Bo jak wiecie, albo moze nie wiecie, ja w ogóle jestem czuła na punkcie lingwistyki i mało co mnie bardziej "kręci". A w tym regionie lingwistycznie dzieje się wiele. Wszystko się tam wydarza naraz po polsku, po czesku i na dodatkek jeszcze "po naszemu", a typowe "czarno-białe" granice określające kto jest kto, do których to przywykliśmy na codzień, nagle przestają mieć zastosowanie. Nikomu nie przeszkadzają różnice w słownictwie, w akcentach i końcówkach fleksyjnych, a ludzie cieszą się, że idzie się w ogóle, pomimo różnic, dogadać i to nieraz głęboko ;). Naprawdę. Rzadko co sprawia mi tak wielką radość jak przebywanie w takim wielojęzykowym, wielokulturowym tyglu i doświadczanie jedności.
*
Wydarzenie to dobrze wkomponowuje mi się w pewien wątek, który Pan porusza ostatnio w moim zyciu, tutaj blizej domu. Wątek nie wydaje się na pierwszy rzut oka równie ekscytujący i egzotyczny, ale w sumie chodzi o coś bardzo podobnego. A mianowicie Pan mi wiele ostatnio mówi i wiele prowokuje sytuacji związanych z róznymi chrześcijanami, którzy mówią "innym językiem" niz my i którzy zyją w całkiem "innej kulturze". Bardzo często w przeszłości owe różnice kulturowo-lingwistyczne prowadziły do problemów relacyjnych na poziomie całych społeczności i kościołów, przez co powstały bardzo jasne wytyczne na temat kto jest kto, kto z kim się bawi, a od kogo trzyma się z daleka. Mam jednak niestety wrażenie, że Bóg mi już nie pozwala godzić się z taką sytuacją. Kołysze moją małą łódeczką i to tak gwałtownie, ze, oj, chyba będę z tym musiała coś zrobić.
*
Narazie się modlę. Modlę się ze szczerymi łzami miłości w oczach o wszelkie duchowe błogosławieństwo i ochronę i prowadzenie dla ludzi, których dotychczas głównie się bałam i wolałabym nieraz nawet zapomieć o ich istnieniu. Chwilami koresponduję. Chwilami pokutuję. I to powaznie. Chwilami zastanawiam się przed Panem, czy nie warto zapłacić ceny, której nigdy wcześniej nie brałam pod uwagę, zeby naprawdę dokonał się przełom jeśli chodzi o naszą duchową jedność jako chrześcijan. Przyjmuję do wiadomości, ze to co ja osobiście robię w tej dziedzinie ma prawdziwe znaczenie. A to dlatego, ze kościół składa się właśnie z takich osobiście odpowiedzialnych jednostek jak ja i ty. Kościół to my. A nie oni.
*
Duchowa jedność nie oznacza oczywiście, zeby ze wszystkimi być równie blisko. Tego się nie da zrobić w sensie fizycznym ani logistycznym. Ale mozna naprawdę stawać za sobą jak bracia. Jak członki jednego ciała. Mozna czytać fragment z 1Kor 12 nie tylko w odniesieniu do pojedynczych ludzi, ale takze i to całych kościołów. Moze nam zacząć zalezeć na tym, aby zaden kościół nie zbłądził, zeby zły nie okradł zadnego kościoła z pełni, którą Bóg ma dla nich, aby każdy kościół był pełen obecności Ducha Świętego i miłości Jezusa. Mozemy się naprawdę modlić za siebie nawzajem, a szczególnie za tych słabszych. I to z prawdziwym gorącym pragnieniem, aby te społeczności cieszyły się Bozą pełnią i z wiarą (a nie obawą), ze Bóg nas moze wysłuchać.
*
Zawsze mnie bolało, kiedy kościoły się nawzajem oskarzały, zwalczały, tryumfowały, kiedy tylko udało im się udowodnić, ze ktoś inny zszedł na manowce. Tak bardzo mnie to zawsze irytowało, a teraz widzę ile tego było i jest we mnie samej.
*
Oj oj oj. Jak ja w takie tony uderzam, to chyba naprawdę coś nadchodzi. Niech tak się stanie, niech tak się stanie. W Psalmie 133 czytamy: "Oto jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem... bo tam udziela Pan błogosławieństwa, życia na wieki". I teraz jest pytanie. Na ile zalezy nam na Bozym błogosławieństwie... w sensie zywej Jego obecności i Jego łaski aby przyprowadzać innych do Chrystusa? Czy na tyle, aby odłozyć poczucie wyzszości, zadowolenie z tego, ze to ktoś inny pobłądził a nie ja? Aby zapomnieć urazę, przebaczyć? Aby załozyć płaszcz pokory? Aby zaprzeć się siebie?
*
Gdziekolwiek jesteś, drogi Czytaczu-Mego-Bloga, modlę się, aby twoje miasto, twój region, kraj, w którym mieszkasz, doświadczały niesamowitych Bożych przełomów w dziedzinie prawdziwej chrześcijańskiej jedności, miłosci i stawania za sobą. Nie jakiejś sztucznej ekumenii, ale takiej autentycznej, według Bożego serca, cokolwiek by to miało oznaczać. Takiej jedności, która zaczyna się od rewolucji w twoim i moim sercu, a kończy się potężnym świadectwem przemiany widocznym dla wszystkich. Modlę się o to dla każdego z nas, także dla siebie samej, bo Pan tylko wie, jak bardzo potrzebuję w tym Jego łaski. I wy się proszę pomódlcie za mnie. I za innych, którzy mogą tego bloga czytać.
*
Postójmy przez chwileczkę za sobą, tak autentycznie, w Duchu i prawdzie.
*
A chwileczek niech będzie coraz więcej.
*
Całuję. M