niedziela, 13 lutego 2011

Wir i Wichura!

Ależ ten nowy rok się rozwija i jest po prostu niesamowicie!!! Mam taki czas, kiedy mogę wyraźnie powiedzieć, że jestem szczęśliwa. A głównym powodem mojego szczęścia jest to, że Bóg jest blisko. Że cudowna wonność i atmosfera Jego obecności spoczywa na wszystkim. Na moim domu, na moich podróżach, na mojej pracy. Na wszystkich rzeczach wiadomych i niewiadomych. Na czekaniu i na działaniu. Wszędzie. I to wystarczy, żebym czuła się szczęśliwa. A jednocześnie tak roztęskniona jak nigdy wcześniej, roztęskniona za Ukochanym Mojej Duszy. I nawet nie potrafię powiedzieć co się stało. Czy ktoś umie mi powiedzieć, co się stało? Czy coś się wydarzyło w atmosferze duchowej nad Polską? Czy coś się przełamało? Czy coś ma się przełamać? O co chodzi? Czy ktoś coś wie?
*
Właśnie pisałam do jednej znajomej o tym, co się u mnie dzieje i aż sama się zadziwiłam tym, co napisałam. Napisałam, że aż buzuje we mnie od marzeń Bożych, wizji, planów i zachwytów, a tymczasem Pan mnie uczy, żeby z tych wszystkich cudownych marzeń, moim najpiękniejszym i najbardziej ekscytującym marzeniem zawsze był On sam. Tak właśnie napisałam znajomej. I tak właśnie jest. Tego mnie uczy. Jeszcze nigdy wcześniej nie nazywałam Boga moim "najwspanialszym i najbardziej ekscytującym marzeniem". Różnie Go nazywałam, ale tak jeszcze nie. Bóg dawał marzenia. Ale żeby sam był pierwszym z nich? Tak! Tak! Właśnie tak!
*
Niby od "zawsze" wiedziałam o tym i pałałam pasją ku temu, aby zachować czujność i nie ekscytować się bardziej służbą dla Pana, niż Nim samym. Tyle razy widziałam, czasem niestety także u siebie, ten syndrom zachłyśnięcia rozmachem "akcji" i projektów chrześcijańskich, na dokładnie tej samej zasadzie jak ludzie w świecie zachłystują się rozmachem różnych projektów zawodowych czy hobbystycznych. Człowiek ma wtedy wrażenie, że jest zakochany w Bogu, a tak naprawdę jest zakochany w akcji, w spełnianiu się, w tym, że "się dzieje". Wszystko wygląda tak "po Bożemu", dopóki nie zabraknie pożywki "działania" i nagle człowiek odkrywa, że poza tym pędem nic nie ma.
*
Niby to wszystko wiem od lat. Żeby Bogiem się zachwycać, Nim samym. Ale tym razem to wszystko jest tak NAPRAWDĘ. Tak bardzo BEZ ŚCIEMY jak nigdy wcześniej. Teraz nie mogę już sobie pozwolić na zatracenie się w biegu. On. On. To Jego muszę znaleźć. Czuję jak przepływa przeze mnie takie bogactwo pomysłów, zachwytów, tęsknot, współcierpienia, płaczu za tymi, którym może pomóc tylko Pan... Tyle tego przepływa, że aż wiruje mi w głowie, ale mam takie przynaglenie jak nigdy, aby umieć to wszystko w każdej chwili odłożyć, na najcichszy nawet Jego szept - zatrzymać się i być tylko dla Niego. Szaleć za Nim. Kochać Go. Służyć Mu. On i tylko On. Tylko On napełnia to wszystko prawdziwym sensem i trwałą wartością.
*
Och, kochani moi stali czytelnicy, przyjaciele, najdrożsi bracia i siostry w Jezusie, módlcie się za mnie, żebym nie przegapiła tego czasu łaski. Żeby Pan wykonał we mnie i przeze mnie wszystko, co zamierzył w tym błogosławionym czasie. Ja też o to modlę się za was. I dajcie znać, jeśli wiecie dlaczego teraz. I o co chodzi. Pozdrawiam was gorąco... w kochanym Panu Jezusie! M

sobota, 8 stycznia 2011

Więcej Ciebie, mniej mnie...

Sama nie pamiętam już dlaczego, ale od jakiegoś czasu prosiłam Pana o to by nauczył mnie bojaźni Bożej. Nie umiem powiedzieć dokładnie jak On to robi i na czym to polega, ale wiem, że mi odpowiada, i że jest inaczej i z każdym dniem coraz bardziej inaczej. Na pewno jednym z narzędzi, którymi się posłużył była książka Johna Bevere "Wieczność". Była tak różna od tego, do czego przywykłam, że aż nie wiedziałam, czy to najgorsza czy najlepsza rzecz, którą Bóg dał mi kiedykolwiek przeczytać. W końcu zdecydowałam, że jednak najlepsza. No... może wśród najlepszych. Nigdy wcześniej nie czytałam książki, której najbardziej trafny opis byłby taki, że "budzi bojaźń". Bożą bojaźń. Być może ktoś mógłby poczuć się potępiony po lekturze tej książki. Ja się poczułam, jakbym się obudziła. Być może niektórzy poczuliby, że tracą poczucie Bożej miłości. Ja czuję, że nic bym nie mogła bez Bożej miłości.
*
Coś się zmienia kochani. Coś się bardzo zmienia. Jeszcze nie umiem do końca opisać co. Tak bardzo wiem, że nic nie mogę bez Boga. Nie mogę trafić na właściwą drogę. Nie mogę kochać Go bardziej. Nie wiem jak zachowywać się właściwie wobec ludzi. Jakie podejmować codziennie decyzje. Nie mam żadnej pewności na tym świecie. Żadnej poza Nim. A jednak czuję się spokojniej i bardziej bezpiecznie niż wcześniej. Bo jestem tak całkiem pozbawiona ludzkiej pewności, że nie pozostaje mi nic innego niż albo zapaść w pełen rezygnacji letarg, albo zaufać Jemu. Wybieram ufać Jemu.
*
A więc zmienia się. Niespodziewanie dla mnie zmieniają się moje różne codzienne nawyki i rutyny. Codziennie robię rzeczy, których jeszcze rano bym się po sobie nie spodziewała. Inne reakcje. Inne priorytety. Chcę naprawdę żyć dla Niego. Ten post jest prawdopodobnie bardziej chaotyczny niż jakikolwiek mój wcześniejszy wpis. Ale wierzę, że z tego chaosu coś się wyłoni. Piszę chaotycznie, bo nie do końca rozumiem co się wydarzyło i wydarza. Ale nie czuję w mojej codzienności chaosu. Wręcz przeciwnie.
*
Dziękuję wam za cierpliwość. Za wyrozumiałość. Za to, że szukacie Go, także i tutaj. A skoro szukacie - wiem, że znajdziecie, jak nie tu, to gdzie indziej. A ja będę wam dawać znać w miarę mojego własnego znajdywania. Pozdrawiam was gorąco. M

niedziela, 5 grudnia 2010

Porządek i kontrola nad życiem

Ostatnio wiele jeździłam i łaziłam, a jak to w takich chwilach bywa, dzieją się dwie rzeczy. Po pierwsze, człowiek jest zbudowany, wzrasta wiara, wzrasta głód Boga i doświadcza się wszelkiego dobrego owocu, przynajmniej w duszy, a często również i w duchu. Druga rzecz, która się dzieje, to chaos po powrocie w doliny tak zwanej codzienności. Jednostka odarta z weekendu, ze skróconym do czterech dni tygodniem pracy nie wie, w co włożyć ręce. Pojawia się stres, spięcie, tęsknota za pięknymi sprawami Bożymi, którymi człowiek dopiero co nasiąkał, a także za poczuciem jakiegoś porządku i kontroli nad wydarzeniami życia.

No właśnie. Porządek i kontrola nad wydarzeniami życia.

Po primo kontrola nad życiem. To mój gorący temat. Czytałam ostatnio, a nawet pisałam w ramach pracy domowej recenzję z książki "Wymiana skryptu emocjonalnego". I tamże jeden z rozdziałów traktował o tym, że aby pozbyć się w swym życiu nieustannego spięcia mięśniowego i emocjonalnego, a także aby uciec z kieraciku szarej codzienności i zacząć doświadczać życia nadprzyrodzonego, tejże kontroli należy się pozbyć na rzecz Boga. Zrobiłam krótki remanent swojego własnego życia. Pomimo wielokrotnego oddawania kontroli, spięcie mięśniowe stwierdziłam dalej na poziomie, który mi się zdecydowanie nie podobał. Może nie rozpisywałam życia już aż tak szczegółowo w kalendarzu jak dawniej. Może współczynnik dopuszczalnego życiowego spontana mi wzrósł, ale temat wciąż pozostał moim osobistym hitem w czasie lektury tej książki. Przemodliłam sprawę i staram się stosować zalecenia, często nawet w sposób już odczuwalny. Gdybym kiedykolwiek jednak o temacie znowu zapomniała i gdybyście zauważyli u mnie symptomy odwrotne niż pożądane, nie wahajcie się powiadomić mnie o tymże.

Drugi temat. Porządek. Porządek (nie koniecznie czystość, acz lubię ją też), ale właśnie porządek to jest to, bez czego nie potrafię w moim życiu odprężyć się czy doznać poczucia bezpieczeństwa. To rzecz naturalna przy moim temperamencie. A jako że to rzecz temperamentu, a nie jakiegoś wypaczenia osobowości, znaczy, że pochodzi to od Pana i że On potrzebuje też i kocha ludzików, którzy lubią porządek. Z tym, że ten porządek taki jakiś wydaje się nieosiągalny. Pragnienie tegoż porządku sprawia, że wbrew życiodajnym prawdom z poprzedniego akapitu, mam pokusę, aby wziąć sprawy w swoje ręce i rozpisać mój własny plan uporządkowania sobie życia, mieszkania, powołania, relacji, kościoła i ogólnego ogarnięcia się.

Wiele ostatnio rozmawiam o tym z Tatusiem. Skoro staram się tak bardzo oddać kontrolę nad moim życiem Jemu i nie zabierać jej z powrotem, to pilną sprawą się staje, aby to Pan porządkował moje życie. "Uporządkuj mnie" - proszę Go ciągle - "Uporządkuj moje życie, Tato!"

No i właśnie dziś usłyszałam jak Gosia niejaka Rycharska dzieląc się Słowem, które jej Pan położył na sercu, stwierdziła, że nie możemy się łudzić, że cokolwiek poza Bożą obecnością jest w stanie uporządkować nasze życie. No tak. Nie tylko jednorazowa Boża interwencja. Nie tylko Jego słowo kierunku czy wiedzy. Zamieszkująca i wypełniająca nasze życie Boża obecność. Nasze życie potrzebuje tak wiele uporządkowania - a przynajmniej tak jest w przypadku mojego skromnego życia... że nic innego nie pomoże.

Słowo, którym dzieliła się Gosia dotyczyło tego momentu w życiu króla Dawida, kiedy stwierdził on, że należy do Jerozolimy sprowadzić Arkę (Skrzynię) Bożą. Miał on już wtedy władzę królewską i wiodło mu się na tym stanowisku całkiem nieźle, a mimo to stwierdził, że tak się nie da żyć. Otworzył więc swe usta i rzekł co następuje: "Sprowadzimy Skrzynię Boga naszego do siebie, gdyż w czasach Saula nie dbaliśmy o nią". Skrzynia Boża to nic innego jak obecność Boża, która dziś nie jest już zamknięta w Skrzyni, ale dostępna dla każdego wierzącego przez Ducha Świętego. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy z nas może dopuścić się tego, iż o tę obecność nie dba. Tak jak to było za czasów Saula. Nie dba o obecność Bożą, to ma chaos w życiu. Ma chaos w życiu, to próbuje wszystko jakoś ogarnąć. Próbuje wszystko ogarnąć, to jest spięty na tysiąc węzełków i nie wie w co ręce włożyć. Nie wie w co ręce włożyć, to tym bardziej nie dba o obecność Bożą.

To należy przerwać. Ale jak? Należy zacząć dbać o obecność Bożą w naszym osobistym życiu bardziej niż o inne niezwykle istotne sprawy do załatwienia. Bardziej niż o cokolwiek innego. A następnie ją sprowadzić do swojego życia? Jak - idąc do Pana i pytając Jego o każdy krok, szukając Jego prowadzenia tak długo, aż On odpowie - a nie szukając odpowiedzi w książkach, ani w necie, ani nawet na moim blogu ;).

Nie wiem, może to tylko ja taka jestem. Z tą kontrolą wydarzeń i porządkiem. Ale jeśli mam gdzieś tam w szerokim świecie jakichś braci i siostry, mam nadzieję, że i wy poczujecie się zachęceni, do wypuszczenia wodzów z ręki... i szukania Bożej obecności ponad wszystko. Niech nas Tata prowadzi
w tej drodze i wyrywa nam z łapek wszelkie nasze własne niecierpliwe pomysły, programy i plany jak to zrobić :) Życzę wam pokoju i Bożej pełni. Trzymajcie się ciepło. M

czwartek, 4 listopada 2010

Ambicje Boże i nie Boże

Od jakiegoś czasu bardzo wiele rzeczy mówi mi o istnieniu Bożych i nie Bożych ambicji. Jeden z moich odwiecznie najukochańszych Psalmów zresztą właśnie na ten temat traktuje, a mianowicie Psalm 131:
*
Panie, nie wywyższa się serce moje i nie wynoszą się oczy moje; ani nie chodzi mi o rzeczy zbyt wielkie i zbyt cudowne dla mnie. Zaiste, uciszyłem i uspokoiłem mą duszę; Jak dziecię odstawione od piersi u swej matki, tak we mnie spokojna jest dusza moja. Izraelu! Oczekuj Pana Teraz i na wieki!
*

Prawda jakie piękne? Nie musieć koniecznie nikomu niczego udowadniać. Być wolnym od wykazywania się liczbami, osiągnięciami, pozycjami, koneksjami... Być wolnym. Cieszyć się jak dziecko (to samo, do którego należy Królestwo Niebieskie) z tego, że jest się blisko Pana. Być wolnym. Odpocząć.
*
Tak więc temat ten obecny jest w moim życiu od niemal zawsze, ale ostatnio czuję się zasypywana liścikami z nieba, które mi o nim przypominają.
*
Jednym z nich była książka Francine Rivers "And the Shofar Blew" o pastorze, który osiągnął tzw. sukces w świecie chrześcijańskim: piękny budynek, tysiące wiernych, dziesiątki programów, widoczność, rozpoznawalność i sława. Był tak pochłonięty osiąganiem sukcesu i udowadnianiem, że jest w stanie coś zrobić dla Boga, że całkowicie stracił relację z Nim. Odszedł od Niego tak daleko, jak tylko nowonarodzona osoba może odejść. Choć sytuacja w życiu tego konkretnego pastora doszła do pewnego ekstremum, zaczęła się dosyć niewinnie. Od drobnych przesunięć priorytetów. Drobnych przewartościowań. Takich, co to gdyby ktoś zwrócił uwagę, większość ludzi stwierdziłoby, że to czepianie się... A jednak. Te drobne przewartościowania, kroczek po kroczku, doprowadziły do katastrofy. Przewartościowania zbyt bliskie większości z nas, by można było odejść obojętnie od kart powieści.
*
Kiedy byłam w najbardziej wciągającym momencie powieści przeczytałam w czasie jednego z moich poranków z Panem ciekawe Słowo z Księgi Przysłów: "I energia niedobra, gdy brak poznania, błądzi, kto biegnie za prędko" (Prz 19,2) Albo według Biblii Warszawskiej: "Gdzie nie ma rozwagi, tam nawet gorliwość nie jest dobra; kto śpiesznie kroczy naprzód, może się potknąć". Słowo idealnie wpisujące się w kontekst książki - i niestety życia wielu z nas. Zdarza nam się chyba nieraz w kościele, że przynosimy ze sobą tę samą hierarchię wartości, która otacza nas w pracy - czyli w świecie. Najlepszy jest chrześcijanin gorliwy w pracy dla Pana, najlepszy jest ten, który idzie jak burza. Budzi w nas podziw kiedy słyszymy o kimś, kto dwa lata temu założył kościół czy wspólnotę, a już... ma tylu członków... A już robią tyle rzeczy. Nie musi to być coś złego... jeśli idzie w parze z poznaniem Boga i intymnością z Nim. Z Jego charakterem, Jego miłością, Jego sposobem myślenia. Ale popatrzmy prawdzie prosto w oczy... Jak często zachwycamy się osiągnięciami chrześcijan na podstawie samych raportów ilościowych... Nie znając ich serc i świadectwa życia. Ani gorliwość, ani energia, ani prędkość postępów... nie jest sama w sobie wartością u Pana, a nieraz może być i zgubą.
*
Tłumaczyłam też właśnie nauczanie na temat "zdobywania siedmiu gór" - to znaczy przenikania chrześcijan do różnych ważnych dziedzin życia społecznego, zamiast zamykania się w czterech ścianach kościoła. Góry Boże to nie tylko życie duchowe, ale i rządy, kultura, gospodarka, edukacja... Przyjrzyjmy się jak wiele uwagi Bóg poświęca tym kwestiom w Biblii, aby funkcjonowały one "po Bożemu" a nie po światowemu". W którymś momencie wykładowca zwrócił uwagę, że nie ma opcji, żeby każdy z nas był kimś, kto stanie osobiście na szczycie góry. Niektórzy z nas może są rodzicami takich zdobywców. Inni wstawiennikami, którzy się za nich modlą. Nie chodzi więc o to, aby koniecznie wejść na szczyt, tak aby nas rozpoznano i abyśmy mogli zyskać z ust ludzi potwierdzenie tego, że coś osiągnęliśmy. Ważne, abyśmy wiedzieli, do czego Bóg nas powołał - i byli Mu posłuszni. Co więcej - abyśmy robili to nawet, jeśli nie jest to służba w ramach kościoła - a to może powodować wiele niezrozumienia i niedocenienia wśród naszych braci chrześcijan.
*
Październikowe tematy modlitwy z Polskę w ramach Polska 24, też uwzględniły tę kwestię dość bezpośrednio: "Prośmy Boga, aby ambicje jego dzieci pochodziły ze studiowania Słowa Bożego, abyśmy pragnęli tego, czego pragnie OJCIEC".
Abyśmy naprawdę tego pragnęli, a nie tego, co jak sobie wyobrażamy, chciałby Bóg, albo o czym jesteśmy głęboko przekonani, sami w sobie, że służyłoby to sprawie Królestwa.
*
Ba! Nawet listopadowe wydanie "Charakterów", czyli zwykłego, rynkowego magazynu psychologicznego, dzieli się odkryciem, że choć świat ceni ambicje, to w nadmiarze mają one skutek wyłącznie destrukcyjny.
*
Co mi osobiście mówi ten zmasowany atak tematu Bożych i nie Bożych ambicji? Mówi mi o tym, że muszę usiąść, poprosić Tatę, o to, żeby pokazał mi prawdę o moim życiu, i zobaczyć dlaczego mi tak naprawdę zależy na tym, żeby pewne bardzo pobożne rzeczy, na których wielce mi zależy, doszły do skutku... I dlaczego tak bardzo spinam się z powodu, że nie udało mi się zrobić jeszcze tak wiele w tym kierunku, jak zakładałam początkowo na ten moment w czasie. Muszę szczerze zbadać motywację każdego "Muszę" w moim życiu.
*
Mam wrażenie, że tak jak kiedyś przed laty, Tata mówi mi: Wyluzuj Mojżeszku. Wyluzuj. Ja zbawiłem świat. Ty już nie musisz tego robić. Kochałem Cię pełnią miłości zanim jeszcze byłaś mi w stanie odwdzięczyć się choćby spojrzeniem czy uśmiechem... I to się nigdy nie zmieni. Wyluzuj. Przeżywaj ze Mną, blisko Mnie, codziennie bliżej Mnie każdy dzień, a jeśli będę miał dla Ciebie zadanie, nie omieszkam Cię poinformować. Wyluzuj kochana. Bądź ze mną.
*
To dla mnie. A co to przesłanie znaczy dla naszych kościołów? Co znaczy dla Ciebie... Składam to w Twoje ręce. Niech to odkrycie przyniesie ci odświeżenie i odpoczynek. Niech Tata zdejmie kosze z twoich ramion, niech zabierze ciężary z twoich rąk. Niech Cię błogosławi swoją miłości i troską. Jesteś dla Niego ważny. Jesteś dla Niego ważna. Już dziś. Już teraz. Na zawsze.


sobota, 23 października 2010

Piękna prostota

Byłam w zeszły weekend na bardzo fajnej konferencji dla kobiet, na której Bóg powiedział do mnie, do mojego serca i ducha wiele drogocennych rzeczy. Kiedy jednak dziś modliłam się rano i pytałam, którą z nich mogę się tu z wami podzielić, na prowadzenie wysunęła się zdecydowanie jedna kwestia, powracająca zresztą na tym blogu niby bumerang: Porzucenie tego, co zbędne. Prostota.
*
Nie taka surowa, bezlitośnie praktyczna prostota. Ale taka piękna prostota. Lekka. Dająca odpoczynek i wznosząca oczy ku niebu. Kiedy o tym myślałam, przypomniała mi się estetyka japońska. Ich kwiaty. Ogrody. Pokoje. Wiem, że w obecnych czasach Japonia kojarzy nam się głównie z obcymi bogami i new age'owskim synkretyzmem. Wierzę jednak, że nawet te narody, które w pewnym momencie historii odeszły daleko od swojego Stwórcy, niosą wciąż Jego podobieństwo, jakąś wspaniałą cechę Ojca, którą przekazał On w szczególny sposób tej konkretnej grupie ludzi. Myślę, że jedną z takich cech, które niesie kultura japońska jest właśnie proste piękno. Bóg jest piękny. Najpiękniejszy ze wszystkich i wszystkiego, jest wzorem i źródłem wszelkiego piękna. I choć jest niepojęty i niepoznany i nieskończony, wciąż jest prawdą, że Jego drogi są proste.
*
Na konferencji, jedną z pierwszych rzeczy jakie zapisałam, rozpoznając w nich coś, co Bóg mówi do mnie osobiście, było to, że musimy coś zostawić, aby wejść w coś nowego. Tak jak już wspomniałam, nie jest to pierwszy raz kiedy przerabiam tę lekcję. Poczułam jednak znów przynaglenie i tęsknotę za tym, aby naprawdę zostawić wszystko, co jest tylko niepotrzebnym ciężarem. W sensie duchowym, emocjonalnym, materialnym, w każdym sensie. Żeby moje życie pełne było tej Bożej pięknej prostoty. Aby nie było w nim nic poza tym, co jest darem Boga.
*
Kiedy dziś rano siedziałam przed Tatą niebieskim, zobaczyłam obraz jak zanurzam się razem z Nim w moje życie, tak jak człowiek zanurza się w jakimś składzie z wieloma różnorodnymi rekwizytami. Albo w bardzo starym domu pełnym bibelotów, mebli, przedmiotów - czasem pięknych, czasem niepotrzebnych, czasem drogocennych. Albo jak się daje nura między otoczone tłumem stragany na bazarze w Jerozolimie. Tak więc wyruszyłam razem z Tatą na obchód mojego życia. Nie była to jednak przechadzka dla przyjemności ani wyprawa do muzeum. Wyruszyliśmy razem do ciężkiej ale fascynującej, sumiennej ale niezwykle satysfakcjonującej pracy.
*
Brałam do ręki każdy przedmiot w moim życiu. Każdy sposób spędzania czasu. Każdą książkę. Każdą relację. Każde marzenie. Każde związanie. Każdy mebel. Każdy ręcznik i dywanik. Każdy projekt i pomysł. Każdy kompleks. Każdy kwiatek. Każdą nadzieję. Obracałam trzymany przedmiot w rękach i rozmawiałam o nim z Tatą. Mówiłam co o nim myślę, co czuję, jaki mam do niego stosunek. A Tata dzielił się ze mną swoją perspektywą i mądrością.
*
Następnie oddawałam Tacie trzymany przedmiot, by On zrobił z Nim co zechce. Czasem był to ostatni raz kiedy widziałam tę rzecz - i wtedy czułam ulgę. Czasem składał tę rzecz w moim życiu - ale w innym miejscu niż dotychczas - i wtedy czułam ulgę. Czasem odkładał przedmiot dokładnie tam, gdzie był wcześniej - i wtedy czułam ulgę.
*
Im dalej zapuszczaliśmy się w korytarze mojego życia, robiąc wspólnie remanent wszystkiego co składa się na mnie i moje istnienie, tym większą czułam ulgę. To było uczucie, któremu nie dało się oprzeć. Zaraz po zakończeniu tej wizji, zapisałam w kajeciku, że zaczynam od dziś Remanent w moim życiu. Razem z Tatą niebieskim. Od teraz aż do skutku. Po troszeczku. Być może nie zakończymy go przed odnowieniem wszechrzeczy, ale tęsknię za tym, żeby z każdym dniem, tygodniem i miesiącem doświadczać coraz więcej tej lekkości. Ulgi. Świeżości.
*
Tato, pomóż, aby każdy tydzień przybliżał mnie do tego celu. Ty jesteś wierny Tato. Ty powiedziałeś, że jeśli Tobie powierzę moje sprawy, ziszczą się moje zamiary. Tato powierzam Ci sprawę naszego Remanentu. Powierzam ci każdą moją sprawę. Wierzę, że ziszczą się moje zamiary - zamiary, bo coraz mniej było mnie, coraz mniej świata, coraz mniej ciężaru a coraz więcej Ciebie - ku Twojej chwale i chwale Twojego Królestwa. W imieniu Jezusa Chrystusa. Niech tak się stanie. M

czwartek, 14 października 2010

Tym razem Nowe - Naprawdę Nowe!

Obiecałam niedawno pewnej bardzo drogocennej osobie, że napiszę jej o mojej odwiecznej wizji Nowego Nowego. No dobra. Może nie odwiecznej. Ale co najmniej od-kilkunastoletniej. Jest to coś, co od dawna bardzo porusza moje serce, a teraz w epoce "Nadchodzi-Nowego" oczywiście na nowo mocno się w moim sercu poruszyło. Właśnie wtedy, kiedy miałam zacząć pisać maila, poczułam, że powinnam podzielić się tym nie tylko z nią, ale otwartym tekstem, wszem i wobec, na blogu. Możliwe zresztą, że już kiedyś to zrobiłam, ale tak dawno, że kto by to jeszcze pamiętał...
*
Albowiem kiedyś onegdyś w czasach zamierzchłych miałam na pewnym spotkaniu bardzo przerażającą wizję. Wizja polegała mianowicie na tym, że widziałam skaczącą po ulicy prześliczną małą dziewczynką, z gatunku słodkich blondynek z kucykami, podkolanówkami i lakierkami. No miód po prostu. Dziewczynka jest coraz bliżej mnie, a kiedy jestem już w stanie zobaczyć jej twarz, ogarnia mnie przerażenie: bo oto widzę pomarszczoną twarz staruszki! Koniec wizji. Prosiłam Pana o objaśnienie, ale długi czas nie miałam pojęcia, o co może w tym wszystkim chodzić.
*
Jakiś czas później tłumaczyłam na pewnej konferencji, w mieście Łodzi zresztą. I szanowna mówczyni zwierzyła się, że w jej kościele i okolicy ostatnio mają epidemię snów i wizji na temat dzieci i niemowląt z twarzami starców. Mnie oczywiście zelektryzowało i uszy zrobiły mi się dwa razy większe. Oni też pytali Pana o interpretację i wreszcie ktoś otrzymał tłumaczenie.
*
Chodziło mianowicie o to, że wiele z dotychczasowych nowych ruchów, nowych formuł i nowych pomysłów na kościół było tylko nową formą zewnętrzną tej samej starej rzeczywistości. Dlatego wiele świeżych odkryć po jakimś czasie kostniało i stawało się religią i systemem, takim samym jak ów, z którego się wyłamały.
*
Trochę tak jak z Saulem i Dawidem. Saul został wybrany na króla, bo był wyględny, wygadany, reprezentatywny, no i co tu dużo gadać - wypisz wymaluj na króla. Kiedy Saul został przez Boga usunięty, Samuel poszedł do domu Jessego, aby wybrać jego następcę. Jesse zaczął przedstawiać prorokowi wszystkich swoich synów, którzy spełniali te same kryteria co Saul - którzy w jego rozumieniu nadawali się na króla. Bóg jednak powiedział Samuelowi, że żaden z nich nie jest Jego nowym kandydatem na tron. Jesse był całkiem zbity z tropu - bo nikt inny normalnie nie wchodził już w rachubę. Dawid, Boży wybraniec, był tak bardzo z innej bajki, że kompletnie nie mieścił się nikomu w głowie jako kandydat na króla. Był nie tylko inny, ale inny ze względu na kryteria, których wcześniej nikt nigdy nie brał pod uwagę.
*
Gdyby królem został ktoś z braci Dawida - niby byłby nowy król. Nowy sposób mówienia, nowa fryzura, nowe wady i zalety, nowy wystrój pałacu, nowe zarządzenia, nowe karty historii - ale tak naprawdę ciągle ten samy młyn. Niby Nowe, a nie Nowe. Niby Nowe a Stare i Pomarszczone.
*
Bóg jednak zamyślił powołać w tym właśnie czasie Dawida, aby panował nad Izraelem. Tak samo jak teraz, kiedy tak wiele mówimy o tym, że kończy się czas władzy Saulowej, a zaczyna czas Dawidowej. Teraz Nowe, które nadchodzi, ma być Naprawdę Nowe. Nowe-Nowe!
*
Nie wiem, czy komuś ten wywód cokolwiek objaśnia. W sumie nie nazywam po imieniu na czym Nowość owej Nowości ma polegać. Jakbym się zmóżdżyła, to może nawet coś bym o tym wydusiła z siebie. Ale chyba nie o to chodzi. Jeszcze. Chodzi o wzbudzenie jakiejś takiej tęsknoty. Przebłysku tego, co może być. Cienia uświadomienia sobie jak bardzo Bóg przerasta wszystko, czego oczekiwaliśmy. Wzbudzenie modlitwy o to, by nasze oczy w ogóle patrzyły we właściwym kierunku. Na właściwe kryteria. Abyśmy do wypatrywania Nowego podchodzili z Nową Bojaźnią. Świadomością niewoli naszych stereotypów i tego, że tylko Bóg może nas od nich uwolnić. Aby powstała w nas desperacja odkrycia tego co Naprawdę Nowe. Abyśmy już nigdy nie dali się zachłysnąć i zachwycić dziecku z twarzą starca.
*
Niech tak się stanie Tatusiu! Kieruj naszymi krokami! Otwieraj nasze oczy! Zachwycaj nas Sobą! Porywaj nas Swoją Pięknością, Miłością, Mocą i Innością! Otwieram serce szeroko... odmień mnie i odnów nasz kraj!

niedziela, 3 października 2010

Idzie Nowe!

Hej, to ja! Wreszcie zaczęłam doganiać siebie samą po tych wakacjach... a kiedy doszłam do siebie, spostrzegłam ponad wszelką wątpliwość, że idzie Nowe! Wszystko we mnie i wokół mnie to mówi! Choć jesień za oknem wszystko we mnie w środku śpiewa o przełomie, o wiośnie, o Nowym Życiu. Nie wiem skąd to tak akurat teraz.
*
Może na konferencji w Kaliszu zostało wyprorokowane i uwolnione?
*
Może to przywieziony ze szkoły Dona Pottera zwyczaj codziennego "dokarmiania" (przez błogosławienie, modlitwę w Duchu i uwielbienie) niedożywionego ducha, żeby przejął wreszcie rządy nad stęsknioną jego autorytetu duszą i ciałem.
*
Może to przywieziony z Kalisza zwyczaj brania codziennego duchowego prysznica - codziennego starannego oczyszczenia z grzechów przez pokutę i przyjęcie Bożego przebaczenia, nawet takich "po ludzku" niewielkich przestępstw - z każdego grzechu, który Pan mi pokaże, kiedy proszę Go, żeby mi pomógł w tym procesie. Przecież myjemy się codziennie - i nikt się nie wstydzi, że następnego dnia znów musi się umyć. Taka już natura tego świata. Tak samo jest z brudem duchowym. Osiada na nas. Niewiara, lęk przed człowiekiem, narzekanie, pycha, egoizm. Rzeczy, które oddzielają nas od Pana. Kiedy jednak codziennie bierzemy prysznic - Bóg ma do naszego życia o wiele większy dostęp. Otwiera się nad nami niebo i Bóg jest wszędzie i wszędzie słychać Jego głos!
*
*
A może jeszcze - tak sobie dziś pomyślałam, dotarła wreszcie do nas fala modlitw wielu wytrwałych i pełnych ognia ludzi przed nami, którzy wołali do Pana o to, by serca Jego ludu w tym narodzie wreszcie się obudziły... I wreszcie wielka woda dotarła do nas, porwała nas i wypełniła wołaniem i modlitwą za następnych, którzy jeszcze czekają.
*
Taka jestem ciekawa - czy wy też to czujecie? Czy też jest w was ten dreszcz ekscytacji... że nadchodzi? Czy też wciąż czekacie, a dni nie różnią się jeden od drugiego, aż trudno uwierzyć, że coś się kiedyś zmieni. Gdybym umiała, to bym wam powiedziała... ale niech Duch to zrobi sam. Że każdy, kto teraz już drży z ekscytacji jeszcze wczoraj, przedwczoraj był w miejscu szarych dni i ciągnącego się niemal w nieskończoność oczekiwania... A to miejsce Otwartego Nieba, którym oni się cieszą dziś, stanie się twoim doświadczeniem jutro albo pojutrze...
*
Niech Pan błogosławi każdego Wędrowca, szykującego się do Wyjścia z Egiptu, idącego przez Morze Czerwone, błąkającego się po pustyni czy walczącego o kolejną piędź Ziemi Obiecanej. Pan zna zamiary jakie ma wobec was. Zamiary pełne pokoju a nie zagłady. Nasza Obrona, Tarcza i Moc.