Chciałam niniejszym, korzystając z wolniejszego dnia przesłać wam serdeczne pozdrowienia z Izraela :) Dziś akurat mija połowa mojego pobytu tutaj. W pierwszych paru dniach poznałam trochę Jerozolimę - odwiedziłam Ścianę Płaczu, Górę Syjon, Górę Oliwną, jak i powłóczyłam się nieco po Nowej Jerozolimie. W czwartek miałyśmy też dyżur w pokoju modlitwy, tam gdzie odbywają się nasze polskie tygodnie uwielbienia na święto Sukkot (w tym roku już po raz drugi).
*
Ja nie wiem dlaczego, ale odkąd przyjechałam, największe wrazenie robi na mnie temat tutejszych gór. Trochę mogę się domyślać dlaczego, wynika to bowiem bezpośrednio z Biblii, ale wydaje mi się, ze Pan chce mi przez to coś jeszcze powiedzieć, coś szczególnego dla mnie na ten konkretny moment mojego życia.
*
Tak np. z odwiedzanych w Jerozolimie miejsc największą radość i znaczenie miało dla mnie odwiedzenie góry Syjon. Właściwie to ta góra jest tak ukryta w mieście, że trudno zauważyć, że się weszło na jakąś górę, ale i tak byłam przejęta niesamowicie. Na górze Syjon znajduje się teraz jakiś kościółek + Wieczernik + grób Dawida. Co miłe jest. Ale najważniejsze, że to ona jest właśnie, ta góra Syjon. Ten fakt mnie rozbraja. I nawet nie do końca rozumiem dlaczego. Tak jakbym będąc tam weszła do samego środka Bożego serca.
*
A tak poza Jerozolimą to nic nie robi na mnie az tak wielkiego wrazenia jak miasta połozone na górze. A raczej osiedla. Pełno tu takich. Sama w takim mieszkam i widzę drugie takie z mojego okienka. Ja wiem, ze jest to wazne, dlatego, ze nie da się ukryć miasto połozone na górze. Wiem. Ale w moim zachwycie jest coś więcej - znowu nie wiem co. Węszę tu jakieś dodatkowe dno. Jakąś ukrytą mądrość. Czymś ten kraj różni się od mojego kraju i płynie z tego jakaś nauka. W moim bowiem kraju, jak teren jest pofałdowany, to w dolinach płynie rzeczka i jest dużo zieleni i osada. A im wyżej tym domki rzadsze, aż w końcu tylko trawka porasta. Tu nie tak się sprawy mają. Tu dolina jest pusta, głęboka, w kolorach czerwieni, brązu i pomarańczu. Pustynna. Jest w niej jakieś takie groźne piękno, jak w bardzo wysokich szczytach górskich. A im wyżej nad doliną, tym więcej zieleni, drzewek i ściśle do siebie przylegających lśniąco białych domków. W jednym z nich piszę te oto słowa.
*
No cóż jeszcze mam parę dni... Może odkryję o co z tym miastem na górze chodzi. Wiem że się nie ukryje. Ale dlaczego to aż tak piękne? Dlaczego widząc je czuję, że dotykam Tajemnicy. I to Tajemnicy Kluczowej?
*
Jeśli ktoś miałby wrażenie, że ma dla mnie jakąś podpowiedź w tej dziedzinie, proszę o sygnał ;)
*
Następny odcinek pewnie już z Polski. Jutro jadę do Yad Vashem, a w poniedziałek wraca Irenka - a wtedy wszystko może się wydarzyć... może nie być czasu pisać. Za to jak wrócę do domu, to poza wpisem, wrzucę też - myślę - sporą porcję zdjęć na flickra, tak że atrakcji będzie multum. A póki co pozdrawiam serdecznie. Shalom! I do następnego razu, Magda
sobota, 5 września 2009
Pozdrowienia z Jerozolimy
Autor: MadziaMadzia o 18:47 1 komentarze
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
W Nim spoczywa moja dusza
Cześć wszystkim! I takim to sposobem pierwszą część wakacji mamy już za sobą, a jutro wyruszam w długo wypatrywaną podróż do Izraela :)
*
Początek moich wakacji trudno powiedzieć, żeby był klasycznie wypoczynkowy, jako że po paru dniach pobytu nad morzem moja Patusia bardzo zachorowała - z tego co się zorientowaliśmy, w morzu pływała jakaś bakteria, o które zbyt późno ostrzeżono plażowiczów i to ona dopadła moją córę od Pana. Tak więc sporą część wyjazdu dzień i noc pielęgnowałam mocno sponiewieraną przez choróbsko istotkę. Za to wydarzyła się rzecz ciekawa, okazało się bowiem, że ze wszystkich możliwych wiosek nadmorskich właśnie w tej, gdzie osiedliśmy znajduje się rodzinna siedziba jednego z naszych najukochańszych warszawskich pastorów. Zarówno my jak i on i jego żona bardzo byliśmy przejęci tym "zbiegiem okoliczności" :)
*
Kolejny tydzień tłumaczyłam Pata Hollorana w Mikorzynie, co było równie wynagradzające, jak wyczerpujące, wróciłam więc do domu raczej zmęczona w ciele, ale - jak odkryłam - niezwykle odświeżona w Duchu. Pan dał mi łaskę wzrosnąć w trudnej sztuce pozwalania, aby moja dusza odpoczywała w Nim. Codziennie zaczynam dzień teraz od tego, że odcinam się od trzech niezgodnych z Bożym Słowem postaw, które - jak odkryłam, dość mocno się wcześniej we mnie zagnieździły. Nie jest to tak naprawdę nic odkrywczego, tak "na głowę", niemniej za każdym razem kiedy Pan daje mi łaskę głębiej zastosować którąkolwiek z tych postaw w praktyce, moje życie się zmienia. A więc:
- Wyrzekam się nie Bożego martwienia się (mogę na Niego przerzucać wszelkie moje troski, bo Jemu naprawdę zależy na mnie i ma o mnie staranie - 1P5,7)
- Wyrzekam się nie Bożego poczucia winy (bo dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie nie ma już potępienia - Rz 8,1))
- Wyrzekam się nie Bożego poczucia odpowiedzialności za rzeczy, które tak naprawdę nie ode mnie zależą (bo i tak bez Niego nic nie mogę uczynić - J 15,5)
*
Ta praktyka modlitewna, do której - jak wierzę - poprowadził mnie Pan naprawdę zdjęła z moich ramion bardzo wiele ciężaru, z którego tylko częściowo nawet zdawałam sobie sprawę. Do pewnego stopnia oczywiście wiedziałam o różnych lękach, wyzwaniach i stresach, ale nieraz nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jakie rzeczy wyprawiały się w moich emocjach, dopóki Pan mnie z nich nie wyzwolił i dopóki nie odczułam różnicy jaką daje wolność od tych niepotrzebnych obciążeń.
*
Pan pociągnął ten temat dalej na warsztatach proroczych, które odbyły sie w ostatnią sobotę. W pewnym momencie jedna piękna Boża niewiasta, która posługiwała na warsztatach miała szczególne doświadczenie obecności Jezusa, który prosił ją, aby przekazała obecnym, że chce On spotkać się osobiście tego dnia z każdym z obecnych i mówić do niego. Zachęciła nas, żebyśmy powiedzieli do Niego "Jezu" i mówili to, co nam Duch podpowiada, a On będzie do nas mówił.
*
Zanim padła ta zachęta, czułam się spokojna, trochę może śpiąca, napewno nie przeżywałam jakichś emocjonalnych rozterek ani uniesień duchowych, wtedy jednak naprawdę poczułam, że Pan stanął bardzo blisko mnie, a ja - ku mojemu zdziwieniu - z wielkim trudem i wstydem - powiedziałam do Niego "Jezu" i dodałam pytanie zamiast wyznania - "dlaczego jest we mnie teraz tyle wstydu?". A On tylko powiedział trzy razy to samo zdanie, które pokazało mi stan mojego serca, o którym nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, a z którego Jego słowa mnie leczyły. Powiedział On mianowicie trzykrotnie: "Przyszedłem cię pochwalić a nie zganić".
*
Dopiero kiedy to powiedział, uświadomiłam sobie, że od dłuższego czasu z kimkolwiek z moich bliskich - czy to rodziny, ludzi z kościoła czy współpracowników - się nie spotykałam, albo kiedy dostawałam od nich maila, to spodziewałam się od nich nagany i wyrzutów, że ich zaniedbuję lub zawodzę ich oczekiwania. A cokolwiek bym nie robiła, zawsze gdzieś w podświadomości miałam wyrzuty sumienia, że nie zajmuję się czymś innym. Nikt mi nigdy nie dał powodu, abym się spodziewała tego typu zarzutów, a jednak nieprzyjaciel mojej duszy wkręcił mnie, nawet nie wiem kiedy. Chwała Bogu, któremu naprawdę zależy na nas i który daje nam więcej niż sami prosimy czy oczekujemy.
*
Dziś przede mną pracowity dzień pakowania się i szykowania do wyjazdu. Mam bardzo wysokie oczekiwania - nie tyle nawet turystyczno-krajoznawczo-przygodowe, choć na pewno też i tego typu atrakcje będą sie wydarzać, ale właśnie w dziedzinie odpoczynku w Nim i wzrostu intymności z Tym, na którym całe moje życie jest zbudowane.
*
Pozdrawiam was wszystkich, mam nadzieję, że dam znać wktótce po powrocie :) Polecam się waszym modlitwom. M
Autor: MadziaMadzia o 08:06 0 komentarze
piątek, 7 sierpnia 2009
Czas na wakacje!
Hej kochani, godzina późna, więc napiszę tylko króciutko, żebyście wiedzieli, że żyję. Ostatnio sprężałam się bardzo, żeby skończyć tłumaczyć bieżącą książkę przed wielkimi wyjazdami i udało mi się wczoraj już wysłać ostatni rozdział przetłumaczonej na angielski pięknej książki Alinki Wieji o Siedmiu Słupach Mądrości. A jutro już w drogę - najpierw nad morze na tydzień z rodziną, czyli bratem i Asią i Natankiem, z siostrą Asi i jej rodziną, z przyjaciółmi Madzią i Krzysiem, no i oczywiście z moją Patusią. Potem na następny tydzień jedziemy tą samą ekipą na obóz organizowany przez Polskę dla Jezusa pod hasłem "Chodzić po wodzie". Będę tam tłumaczyć Pata Holorana - tego samego ciekawego człowieka, co w zeszłym roku o podobnej porze. Potem tydzień na przepakowanie i kilka dodatkowych przygotowań i jadę do Izraela na 10 dni - od 1-11 września. Pewnie uzbiera się wspomnień! Mam nadzieję, że uda mi się coś napisać.
*
Ze Słów jakie ostatnio chodzą mi po głowie od Pana najbardziej w tej chwili leżą mi na sercu słowa, że "Bóg jest z nami". Niby proste, ale nasze stany nerwowe na codzień wskazują, że jednak nie zawsze to do nas dociera. A w tych dniach ostatnich każde wspomnienie tej prawdy, że Bóg jest ze mną jest dla mnie jak oddech świeżego powietrza, albo jeszcze lepiej, jak położenie głowy na świeżej pachnącej pościeli po długiej i męczącej podróży. Bóg jest ze mną i jest z tymi, których kocham, gdziekolwiek są. Niech więc i wam towarzyszy ta świadomość w całkiem nowym wymiarze i niech On, jeszcze bardziej niż urlopy i wakacje, będzie waszym całkowitym orzeźwieniem i odpoczynkiem. Choć oczywiście wakacji udanych też wam życzę :) Gorące uściski, M
Autor: MadziaMadzia o 22:46 1 komentarze
poniedziałek, 13 lipca 2009
O Bożych skarbach
Hej, cześć! Bardzo chciałam podziękować wszystkim, którzy troszczyli się, dopytywali o to, gdzie zniknęłam, pytali się czy się modlić i mówili, że tęsknią za moim blogiem. To bardzo, bardzo wiele dla mnie znaczy i mam nadzieję, że wrócę kiedyś do regularnego pisania bloga, bo bardzo to lubię, bo bardzo lubię was i lubię fakt, że Pan Bóg sprawił, iż moje dzielenie może komuś być czasem zachętą. Kto wie? Może to nawet dziś wrócę do dawnej częstotliwości "pisarskiej". Nie jestem w stanie obiecać, ale być może, być może.
*
Stan zapełnienia życia mi się całkiem zmienił, stąd tak mało piszę. Gdzieś tam w kwietniu pisałam wam, że Pan pobłogosławił mnie Królikiem i że Królik to wcale nie zwierzątko, tylko osoba i to bardzo cudowna. Ma na imię Patrycja, mogłaby być moją córką i tak też ją w duchu traktuję, a ona na mnie czasem mówi Matko Królicza. Patrycja zajęła bardzo ważne miejsce w moim sercu - i tak jak patrzę w dziennik duchowy, to widzę, że każdy krok tej relacji był kierowany przez Pana. Bardzo nadprzyrodzony czas. A od początku czerwca Patrycja została mieszkańcem mojego domu i możemy się nawzajem wspierać na codzień - kiedy mamy ku temu entuzjazm i kiedy entuzjazmu brakuje, tak jak to w życiu. Bardzo pouczające zajęcie. Jako że odkąd wyprowadziłam się z rodzinnego domu nie miałam współlokatora na stałe - i wcale nie chciało mi się mieć, to jest to dla mnie bardzo odkrywcze doświadczenie. I o dziwo - niesamowicie radosne i błogosławione. Czuję nareszcie, że ten dom jest zamieszkały - choć nigdy wcześniej nie miałam wrażenie, że jest pusty. Kiedy tylko jednak zobaczyłam ślady bytności innej niż własna, poczułam jakby stało się coś na co te ściany czekały od dawna i że dopełnił się jakiś etap przeznaczenia tego mieszkanka. Takie fajne, bardzo fajne uczucie.
*
Pati jest niesamowitym błogosławieństwem i Pan przez nią leczy we mnie wiele rzeczy, które dawno czekały na uleczenie. Uczy mnie wielu rzeczy, które dawno czekały na to, bym się ich wreszcie nauczyła. W większej części Pati jest dla mnie źródłem "czystego" błogosławieństwa. "Czystego" mam na myśli takiego, jak człowiek każdą komórką czuje się błogosławiony, rozpieszczany i szczęśliwy.
*
Czasem są jednak chwile, kiedy wiem w duchu, że doświadczam błogosławieństwa, ale boli to bardzo. Kiedy jestem rozciągana. Patusię Pan uratował z miejsc ciemnych i mrocznych, i pięknie ona w Nim wzrasta, wiele jednak trudnych spraw z przeszłości potrzebuje po trochu uleczenia. I te sprawy wymagają poświęcania czasu. Rozmów. Słuchania. Modlitw. Łez. Bycia z drugą osobą, w czasie bólu i trudu. Ufania Bogu w czasie, kiedy osoba, którą kochasz cierpi, a tylko On może pomóc. Wymagają nieustannego słuchania Pana, bo wszystkie ludzkie "programy" i "procedury postępowania" zawodzą. Niesamowicie intensywnie uczę się wiary, ufności i polegania na Nim a nie na sobie. Bóg włożył w moje serce niesamowitą miłość do Patusi. Jak ja to nazywam - wyrył mi ją na sercu. Odczuwam mocno, że to On nas spotkał i chce, abym była gdzieś blisko, kiedy On dokonuje czegoś w życiu Pati. On. On sam. Tyle słów otrzymałam na jej temat, wszystkie mówią o Bożym zwycięstwie w każdej dziedzinie życia i o tym że PAN SAM TEGO DOKONA.
*
Ciągle potykam się na tym punkcie. Wiem, że to On dokona, a wciąż łapię się w tych trudnych chwilach, że to ja rozpaczliwie próbuję coś zrobić i desperacko szukam, sposobu w jaki ja mogłabym jej pomóc. Uczę się modlić. Zostawiać osobę, która jest dla mnie ważna w ręku Pana. Uczę sie wierzyć. Uczę się stawiać opór lękowi. Trudne to. Bardzo trudne. Od wielu lat nie przypominam sobie trudniejszej lekcji. Ale wiem, że Pan wykorzysta to, aby zrobić coś absolutnie cudownego. Tak więc dla tych, którzy pytali, czy potrzebuję modlitwy, to tak. Bardzo potrzebuję modlitwy, aby mi Pan dał łaske wyuczalności i żebym przyswoiła tę lekcję. Aby to co przepiękne i to co trudne w tej relacji spełniło swój cel i ukształtowało zarówno we mnie, jak i w Pati, to co Bóg zamierzył. I bardzo wiele dla mnie będzie znaczyć, jeśli wspomnicie też czasem Pati, aby Pan dokończył w niej dzieło, które rozpoczął, i ogłosicie razem ze mną, zgodnie z obietnicą, że nic nie wyrwie jej z Jego ręki i że On sam wyzwoli ją z ręki silniejszego od niej (i, niestety, silniejszego ode mnie. Bo gdybym to ja mogła go pokonać.... hmmmm włącza się we mnie lwica).
*
Nie chcę, żebyście odnieśli wrażenie, że jest mi jakoś tak strasznie ciężko. Przychodzi mi trochę porównanie do matki malutkiego dziecka, która jest zmęczona, niedospana, niepewna co ma robić, spięta, bo wszystko jest nowe i nie ma w niczym doświadczenia, a nic nie chce zepsuć. Jest więc może trochę bardziej znużona i zagubiona niż zwykle... ale bardzo się cieszy, że dzidziuś jest na świecie, a jego śmiech, oczka, uszka, rozkoszne dźwięki, jakie wydaje, sam fakt, że istnieje, jest dla niej największym błogosławieństwem. I pomimo ceny, jest szczęśliwa i spełniona. Pati ma już 21 lat, więc nie jest słodka w ten sam sposób jak bobasek. Jest jednak wspaniała i niepowtarzalna na tyle różnych innych sposobów. Jest niesamowitym klejnotem, którego Pan uczynił bezgranicznie drogocennym. I jestem szczęśliwa, że ją znam. Codziennie dziękuję za nią Bogu.
*
A tak poza tym? Mam kursy wakacyjne. Tłumaczę dwie książki naraz. Będę tłumaczyć na wyjeździe z Patem Holloranem w sierpniu. Być może pojadę na tydzień nad morze z rodziną tuż przed tym wydarzeniem. A na początku września jadę na 10 dni do Izraela :) z czego niezwykle się cieszę.
*
I to by było na tyle. Zobaczymy co będzie dalej. Pati rozkołysała łódeczkę mojego życia dość mocno, tak że nie mogłam myśli utrzymać na tyle długo stabilnie, żeby coś tu pisać - ponad miesiąc. Ale ostatni tydzień już bardzo ciągnęło mi łapkę do pisania. Może następny raz będzie więc szybciej niż za miesiąc? Cokolwiek by nie było, życzę wam wspaniałych wakacji i wypoczynku. I jeszcze raz dziękuję za troskę i pamięć. Jesteście wspaniali. Jesteście klejnotami w Bożym ręku, bezgranicznie cennymi. Przesyłam uściski. M
*
P.S. Aha! I jeszcze z takich drobnych ciekawostek 16 lipca mam 40-te urodziny :)))) To już w ten czwartek! Ale numer, hi hi hi.
Autor: MadziaMadzia o 17:10 1 komentarze
środa, 10 czerwca 2009
Chyba chodzę po wodzie?
Chciałam tylko uspokoić wszystkich zastanawiających się, czy żyję, ze zyję i mam się dobrze. Co prawda w wielu aspektach, moje zycie nie przypomina tego życia, które wiodłam poprzednio, ale są to dobre zmiany. Rosnę. Bóg codziennie mnie zaskakuje, a ja otwieram buzię ze zdziwienia tym co się dzieje ze mną i wokół mnie, chyba całkiem tak jak by to robił ktoś, kto chodzi po wodzie, wiedząc, że to niemożliwe a jednocześnie nie mogąc zaprzeczyć realności swojego doświadczenia.
*
Tyle na tę chwilę powiem. Ale ciąg dalszy nastąpi. Napewno nastąpi ciąg dalszy przygód Madzi z Panem Bogiem, codziennie dzieje się ciąg dalszy. A może nawet nastąpi ciąg dalszy bloga... wierzę, że nastąpi.
*
Uśmiecham się do was serdecznie, ze środka wodnej tafli, z niegasnącym zadziwieniem, ze w takim miejscu się znalazłam...
*
Pozdrawiam gorąco! M
Autor: MadziaMadzia o 18:46 0 komentarze
czwartek, 21 maja 2009
Zejście z góry
Kochani. Dziś raczej nietypowo, bo dzisiaj to ja potrzebuje zachęty. Ale moze będzie dla was jakimś zbudowaniem to, ze nie ma ludzi, którzy nie byli by nigdy w sytuacji, kiedy potrzebują wsparcia i poddźwignięcia ze strony innych. Wszyscy potrzebujemy siebie nawzajem.
Nawet nie umiem określić tak naprawdę co się tak właściwie dzieje. To znaczy fizycznie wiem, ale co za tym stoi w świecie duchowym i o co chodzi w tych atakach - to w przewazającej części niewadoma. I jak na tę chwilę niewiele wiem o tym, jak powinnam postąpić, jak walczyć o tych, na których mi zalezy. Tłumaczę ostatnio ksiązkę o Mądrości. I tam przeczytałam o tym, jak Mądrość mówi, że jednym z najwazniejszych filarów naszego życia w Bogu jest filar Prawdy. I dlatego w kazdej sytuacji potrzebujemy modlić się do Boga, aby pokazał nam prawdę, Jego prawdę o danej sytuacji. I aby dał nam mądrość, nie tę ludzką, ale Jego mądrość. To jest teraz jedna z moich głównych, najbardziej desperackich modlitw. Emocje są tak duze, że potrzebuje tego jak powietrza. Bardziej niz czegokolwiek.
Autor: MadziaMadzia o 05:46 3 komentarze
poniedziałek, 4 maja 2009
Wezwanie pod broń
Cześć kochani. Wróciłam właśnie byłam z Gorzowa i przywiozłam ze soba w sercu wiele zachęty, zadziwienia Bogiem, wiele świezej wiary i pasji do wzrastania w Chrystusie.
*
Jedno z pierwszych i najmocniejszych moich zadziwień wiąze się z tytułem i ilustracją tego posta. Tak jak pisałam poprzednio, ostatni czas obfituje dla mnie w tylez błogosławieństw co walk. Kiedy modliłam się w tej sprawie, Pan bardzo mocno przemówił do mnie słowami Psalmu 144:
*
"Błogosławiony Pan, skała moja! On zaprawia ręce moje do walki, Palce moje do boju! Łaska moja i twierdza moja, Obrona moja i wybawca mój, Tarcza moja i ucieczka moja".
*
Dotychczas byłam zwykle osobą, która strasznie tęskniła za tym, zeby ktoś mnie zrozumiał, wsparł, stanął za mną w momencie, kiedy bywało mi cięzko. Najczęściej jednak ludzie wychodzili z załozenia, ze sobie sama poradzę. No i faktycznie, radziłam sobie, ale smutne to było radzenie. Stawanie do walki o zwycięstwo duchowe, bez oglądania się na nikogo poza Jezusem nie było czymś, co sprawiało mi przyjemność. Tak bardzo pragnęłam, żeby ktoś taki po ludzku namacalny za mnie powalczył... A przynajmniej ze mną.
*
No i chyba coś w tym dalej jest, ale jednocześnie ostatnie różne moje sytuacje + ten werset coś zaczęły we mnie budzić. Taką determinację do walki, która trochę mnie przeraża, a trochę budzi ekscytację. Budzi ekscytację, bo zaczynam wierzyć na innym poziomie niz dotychczas, ze Chrystus na krzyzu naprawdę pokonał moich nieprzyjaciół! Był to jeden z kluczowych wątków w moim duchowym zyciu ostatnich tygodni.
*
Myślałam sobie jednak, że jest to kwestia, którą Pan uczy mnie w moim skromnym zyciu. Tymczasem Dale przyjechał i mówi, ze kiedy pytał się Pana, o czym mam mówić w czasie tej podróży do Europy, to dostał bardzo wyraźne polecenie z Joela 3,14-15.
*
Obwołajcie to wśród narodów! Ogłoście świętą wojnę! Powołajcie pod broń bohaterów, niech przyjdą i wyruszą wszyscy wojownicy! Przekujcie swoje lemiesze na miecze, a swoje sierpy na oszczepy! Kto słaby, niech mówi: Jestem bohaterem!
*
Pan mówi nam, ze teraz jest dla całego kościoła, a nie tylko dla Madzi, czas walki, a raczej stawania przez wiarę w zwycięstwie, które Jezus nabył swoją krwią na krzyżu. Oczywiście nie oznacza to jakiejkolwiek agresji słownej czy fizycznej, ale radykalną zmianę naszych priorytetów, tak, aby Bóg zajął naprawdę pierwsze miejsce w naszym zyciu, wejście na nowy poziom modlitwy i postu, bezkompromisowe rozprawienie się w swoim życiu z niewiarą i lękiem.
*
Czujesz się za słaby na walkę? To znaczy, ze właśnie do ciebie jest to Słowo. Wróć jeszcze raz do ostatniego zdania Joela 3,15. Otwórz swoje usta i powiedz kim jesteś - ze względu na krzyz Chrystusa.
*
Dale dzielił się w czasie spotkania ciekawym dialogiem, który miał z Bogiem. Pan zapytał go:
- Czy dałem Ci krzyż?
- Tak! - odpowiedział Dale
- Czy mój krzyz wystarczy?
- Tak Panie! - zapewnił Dale
- Dlaczego więc zyjesz, jakby on nie wystarczał?
*
Myślę, ze to wazne przesłanie dla kazdego z nas. Moze nie staniemy sie z dnia na dzień nieustraszonymi wojownikami (choć czemu nie?), ale warto wejść na drogę zmiany. Warto zebyśmy przestali być niedowiarkami. Bo właśnie teraz jest na to czas.
*
Pozdrawiam gorąco. M
Autor: MadziaMadzia o 17:54 0 komentarze



