Nowy Rok to taki czas kiedy mamy skłonność zrobić krok w tył, spojrzeć z pewnej perspektywy na naszą przeszłość i przyszłość - i jak dobrze pójdzie - wyciągnąć z tego jakieś konstruktywne wnioski, oraz podjąć jakieś Boże decyzje.
*
W tym roku do podjęcia takowej radykalnej decyzji skłonił mnie napotkany w jakiejś książce werset z Księgi Jozuego. Werset zwrócił się do mnie niemal po imieniu i poprosił, abym na nowo zdecydowała dziś, komu tak naprawdę chcę w moim życiu służyć.
*
Nic nowego powiecie... Ale jest to jedna z tych decyzji, które trzeba podejmować wciąż na nowo, a to w tym celu, aby była ona coraz bardziej faktycznie, praktycznie realizowana w naszej rzeczywistości.
*
Dziś, patrząc sobie razem z Tatusiem na moje życie, zastanawiałam się nad tym, co to znaczy oddać Jemu całe życie, żyć dla Niego. Cudowne uczucie - wiedzieć, że moje życie jest całkowicie w ręku Kogoś doskonale mądrego, doskonale dobrego, doskonale rozumiejącego, Kogoś, Kto żyje w wieczności, dla Którego nie istnieje śmierć, Kto jest ponad wszystko czego się boję i co mnie ogranicza.
*
Tak więc sobie siedziałam z Tatą, zachwycałam się Nim i patrzyłam na to, co się dzieje z naszym życiem, kiedy jest całkowicie oddane Jemu i przyszło mi tak do głowy, że życie oddane Jemu niekoniecznie, a już na pewno nie w każdym okresie naszego życia, oznacza osiąganie imponujących liczbowo wyników w dobrych uczynkach, takich czy owakich, które zapewniłyby człowiekowi wpis do Księgi Rekordów Guinessa lub przynajmniej poczytne miejsce w Chrześcijańskiej Alei Sław. Oddanie Jemu życia oznacza zgodę na Jego plan na każdym etapie naszej wędrówki. To nieraz trudniejsze, bo istnieje taka opcja, że nikomu to nie zaimponuje i nie spotka się ze zrozumieniem.
*
Może oznaczać to zgodę na czas szkolenia i przygotowania w ukryciu do niesamowitego dzieła, które Bóg przygotował właśnie dla nas. A przygotowanie to może wcale nie oznaczać tygodniowego wyjazdu na szkolenie chrześcijańskie, ale 40 lat pasania owiec gdzieś w odległym zakątku pustyni. A tu, kiedy wszyscy poza Bogiem machnęli już na ciebie ręką, buch, płonący krzak.
*
Może to oznaczać zgodę na to, że wiedząc co masz robić, czekasz na właściwy czas od Pana i przygotowujesz się w modlitwie. Nieraz czeka się 3 miesiące, nieraz 3 lata, nieraz lat 30. Chyba każda postać w Biblii, która dokonała wielkich czynów dla Boga, przechodziła przez okresy całkiem niespektakularnego przygotowania i ukrycia w Nim. A czy w takich sytuacjach twoje życie też jest całkowicie oddane Jemu? Twoje serce spokojne i ufne? Czy wtedy też realizujesz z radością i poddaniem Jego plan?
*
Był taki czas w moim życiu, kiedy mogłam, gdybym chciała, chwalić się liczbami. A jednak wszystko we mnie wtedy umierało - moja pasja, moje marzenia, moja radość - życie Boże uchodziło ze mnie każdego dnia, ponieważ codziennie rano budziłam się ze straszną świadomością, że albo robię coś, czego nie ma w Bożym planie dla mnie, albo nie robię czegoś, co On dla mnie zaplanował, albo jedno i drugie. Byłam jednak tak zabiegana, że nie byłam w stanie zatrzymać się i uspokoić na tyle długo, aby usłyszeć od Pana, w czym tak naprawdę jest problem i co z tym zrobić.
*
A w roku 2009... Nawet nie umiem spojrzeć na moje życie w kategoriach wyników, liczb, statystyk. Zamiast tego widzę porządek, kierunek i prowadzenie, które stanowią jasne świadectwo tego, że Bóg realizuje w moim życiu Swój plan - pomimo różnych moich słabości - że to On tym wszystkim kieruje, a nie ja. Niesamowite uczucie.
*
Niewątpliwie rok 2009 zapamiętam jako rok, w którym Bóg wprowadził do mojego życia Patrycję. Tak się cieszę, że mogę w jakikolwiek sposób być Bożym narzędziem w jej życiu. Jej obecność to jednak coś o wiele więcej. To majstersztyk Bożego pieczenia kilku pieczeni na jednym rożnie. To że się spotkałyśmy zmieni nie tylko życie Patusi, ale i moje... Rozciągnęło mnie, mocno utarło nosa, obudziło nową pasję, nadzieję, perspektywę i marzenia na następne lata... Marzenia o wiele większe niż ja i niż Patka... Jestem inną osobą. Ponad wszelką wątpliwość.
*
A rok 2010... Szykuje się jako czas przygotowania i szkolenia do realizacji wyżej wspomnianych marzeń. Mam plany... spotkań, szkoleń, przeorganizowania życia... Plany, które już teraz poddaję całkowicie Bogu. Bo to Jemu służę, a nie moim planom. I cokolwiek On nie zdecyduje, będę i tak mogła rozkoszować się Nim, bo to On jest moim fundamentem i radością.
*
To nie był łatwy rok. Wiele było w nim błogosławieństwa, ale i wiele przelanych łez i trudnych lekcji. Nie było relaksowo. Ale kiedy jest się w miejscu poddania Jego planom, to nie ma żadnego znaczenia czy jest łatwo, czy trudno. To chyba najlepszy czas mojego życia. Jeszcze nigdy moje marzenia, pasja i determinacja w Bogu nie miały się tak dobrze. Już dawno nie patrzyłam z taką nadzieją, a jednocześnie pokojem w przyszłość.
*
Teraz już wiem, że żadne ludzkie niezrozumienie i pogarda nie są zbyt wielką ceną, aby znaleźć się w miejscu, gdzie wiesz, że słuchasz Boga bardziej niż ludzi. Życzę wam tego na ten rok - bez względu na miejsce, w jakim jesteście teraz, żebyście podjęli decyzje służyć tylko Jemu i realizować tylko Jego plan. Abyście zaczęli robić wszystkie rzeczy, których dotychczas baliście się zrobić, a przestali robić wszystko, co zlecił wam ponad wszelką wątpliwość ktoś inny niż Bóg. Niech Pan obdarzy was siłą i mocą, abyście zaczęli w tym roku naprawdę Żyć :)
niedziela, 10 stycznia 2010
Oddać Mu 2010... i całe życie
Autor: MadziaMadzia o 07:29 1 komentarze
niedziela, 27 grudnia 2009
To On jest Bogiem, a nie my!
Dość niedawno spotkał mnie niezwykły przywilej. Usługiwała mi modlitwą pewna pełna Ducha niewiasta, obdarzona przez Pana w dziedzinie uzdrowienia wewnętrznego. Wysłałam do niej na jakiś miesiąc przed spotkaniem dość szczegółowe odpowiedzi na zadane przez nią pytania, ona w modlitwie przygotowała się do naszej "sesji", a następnie poświeciła mi parę godzin słuchając mnie, udzielając mi prostych, Bożych słów zachęty i porady i modląc się za mnie. Piszę, że to przywilej, bo szczerze mówiąc przez te dwadzieścia kilka lat jak jestem chrześcijanką nie zbyt wiele razy zdarzyło mi się, żeby ktoś poświęcił mi tak dużo jakościowego czasu. Wydaje nam się nieraz, że jak ktoś już "ma swoje lata" w Panu, to nie potrzebuje, a tu się okazuje, że każdemu czasem potrzeba, żeby usłużono także i jemu.
*
Tak więc odbyłam dość długie spotkanie, które już samym faktem, że się odbyło podziałało na mnie leczniczo ;) , a dzięki Bożej łasce, było ono dla mnie błogosławieństwem także na wiele innych sposobów. Jednym z "prezentów", które wówczas otrzymałam jest pewna modlitwa, czy też deklaracja duchowa, która towarzyszy mi teraz niemal każdego dnia, a nieraz nawet kilka razy dziennie: "Dzięki Ci Panie, że to Ty jesteś Bogiem, a nie ja!".
*
Może dla niektórych to brzmi śmiesznie. Jak można podejrzewać, że jest odwrotnie? Że to ja jestem Bogiem? A jednak patrząc nieraz na to, jak ja funkcjonuję i jak funkcjonujemy wszyscy, jako chrześcijanie, przysłuchując się naszym rozmowom, mam wrażenie, że nie tylko mi przydałoby się codziennie modlić takimi słowami. Niby rozumiemy, że to Bóg jest Bogiem, ale działamy tak, jakby przemiana świata i ludzi wokół nas zależała od tego co my zrobimy. Jaki program wdrożymy? Jakie multimedialne cuda zastosujemy prezentując młodzieży ewangelię, tak żeby im w pięty poszło? Jak mówić kazania? Jak grać? Jak prowadzić małe grupy? A bliżej domu: Jak przemówić tej dziewczynie do rozumu? Jak ją zainspirować? Jak dobrać słowa? Jak dobrze zrównoważyć miłość wyrażającą się w łasce z miłością wyrażającą się w mądrych wymaganiach? Jak? Jak to zrobić, żeby nastąpiła trwała zmiana - w tej osobie, w tej wspólnocie, w tym mieście, w tym kraju?
*
Bóg ostatnio sprawia, że zderzam się ciągle z tą prawdą - że jedynym sprawcą jakiejkolwiek trwałej zmiany jest On. Ta osoba, której chcemy usłużyć należy do Niego, jej życie jest w Jego ręku, On ma pomysł na jej życie i tylko On może dotknąć jej serca. Nie nasze słowa, programy, książki i muzyka. Owszem, może się tymi rzeczami posłużyć, ale ostatecznie to On to robi, i w żaden sposób nie możemy sami uzyskać tego samego efektu. On. To On daje nam posłuch, przychylność i autorytet u ludzi. To On zamyka i otwiera przed nami drzwi. To On wyzwala jeńców i to On uzdrawia chorych. On. To On jest Bogiem a nie my.
*
Nie namawiam do bierności. Bóg mówi, że sam przygotował dla nas dobre dzieła, abyśmy je pełnili. Nie mówię, żeby nie szukać odpowiedzi, nie uczyć się jak być lepszym rodzicem, wychowawcą, doradcą, liderem, przyjacielem, sługą. Sama daleka jestem od bierności, nawet pośrodku tej lekcji, której się uczę. Zastanawiam się tylko: gdybyśmy przyjęli w głębi naszych serc, że to On jest Bogiem a nie my - jak bardzo zmieniłyby się w naszym życiu proporcje między czasem rozmowy z Nim, a czasem burz mózgu, spotkań, narad i kolejnych akcji? A w tych dziełach, do których nas prowadzi, o ile czystsze mielibyśmy motywacje, o ile mniej by nas obchodziło co ludzie powiedzą, czy za nami staną i jakie osiągniemy liczby? O ileż więcej pokoju, współodczuwania, łez wzruszenia i radości, lub tego pięknego bólu, który towarzyszy miłości? O ile mniej stresu, wypalenia, szarpaniny, strachu, presji, udawania, zamieszania, poczucia winy, potępienia, oskarżania? Gdybyśmy tak głęboko w sercu przyjęli codziennie to, że to On jest Bogiem, a nie my. Że nasze życie i życie tych, którym służymy, których kochamy, których spotykamy na naszej drodze należy do Niego. Że to On dokonuje trwałych zmian i robi to tak jak chce.
*
Pamiętam, kiedy wiele lat temu modliłam się o ocalenie małżeństwa moich rodziców przychodziły mi do głowy różne scenariusze, jak Bóg może zainterweniować i co można zrobić, żeby im pomóc. Sprawa była trudna, a ich relacje wydawały się od lat uwikłane w błędne koło, które prowadziło ich związek coraz bliżej dna. Próbowałam mamę posyłać na spotkania do kościoła. Zapoznawać z innymi paniami w jej wieku, które pełne były Bożej mądrości i miłości. Ale nic nie działało. Kto by pomyślał, że pewnego dnia, kiedy szłam z bratem do mamy do pracy, żeby odebrać małego kociaka-znajdę, zaniosłam do domu Bożą odpowiedź na moje modlitwy. Małe słodkie stworzonko stało się dla nich pierwszym od wielu lat wspólnym tematem i wspólną sprawą, od której niespodziewanie - nawet dla samych siebie - zaczęli od nowa budować swoją relację. Ja jakoś nie wpadłam wtedy na to, żeby w tej po ludzku beznadziejnej sytuacji posłużyć się małym kotkiem. A Bóg owszem. Tak często działa On całkiem inaczej niż się spodziewamy. To samo widzę teraz w relacji z Pati. Jego pomysły na to jak zachęcić ją do rozwijania relacji z Nim, modlitwy, służenia innym... Mocno awangardowe bym powiedziała, daleko odbiegające od sposobów, po które ja bym kiedykolwiek z własnej woli sięgnęła. A jednak to właśnie Jego sposoby są skuteczne, a nie moje.
*
Kochani, na ten zbliżający się Nowy Rok, niech Pan da nam odpocząć w głębszym poznaniu i zastosowaniu tej prostej prawdy, że to On jest Bogiem, a nie my. Niech ta prawda dokona rewolucji w życiu każdego z nas. Niech serce każdego z nas znajdzie w tej prawdzie odpoczynek - a wówczas nasze życie nigdy nie będzie bezowocne. Ślę uściski noworoczne i nie tylko. M
Autor: MadziaMadzia o 15:59 1 komentarze
niedziela, 13 grudnia 2009
Nie tak jak świat...
"Pokój zostawiam wam, mój pokój daję wam; nie jak świat daje, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze i niech się nie lęka" J 14,27.
*
Ja dziś bardzo króciutko - zmęczona, ale jak zwykle zachwycona Bogiem.
*
Tyle ostatnio wyzwań. Zbyt wiele zajęć, do których brakuje pasji, zbyt mało czasu na zajęcia, do której pasja płonie coraz goręcej... Szykują się zmiany, pojawiają się pytania, na horyzoncie kroki wiary... Różne bliskie osoby przezywają teraz bardzo trudne chwile, a ja wraz nimi... nie śpię, płaczę, wierzę, pytam o drogę... Bóg zaskakuje nowymi obowiązkami, zagadkami, odpowiedzialnością. Mało snu. Dużo niewiadomych.
*
A ja w tym wszystkim czuję, że to chyba najlepszy czas w moim życiu - jak do tej pory, bo wiem, że jest on zapowiedzią, korytarzem prowadzącym do czegoś jeszcze lepszego. Tyle pokoju, tyle motywacji, tyle intymności z Bogiem, tyle nadziei, tyle marzeń i tyle wiary w ich realizację... Tyle śladów Bożych palców, kształtujących przebieg wydarzeń. Tyle sił pośród niewyspania i napiętego planu dnia. Tyle radości, tyle szczęścia, tyle miłości.
*
Po raz kolejny odkrywam, że piękno życia z Bogiem nie polega na tym, że wszystkie nasze okoliczności są idealne, ale na tym, że rozkwitamy bez względu na okoliczności. Że stawianie sobie jako nadrzędny cel zmiany naszych okoliczności prowadzi jedynie do rozczarowań, bo poczucie spełnienia przynosi wyłącznie to, z Kim te okoliczności przeżywamy :)
*
Pozdrawiam was wszystkich w tych okolicznościach, w których teraz jesteście. Modlę się, abyście w tym właśnie miejscu odkrywali "obfitość radości w Jego obliczu i rozkosz po Bożej prawicy" (Ps 16,11) . M
Autor: MadziaMadzia o 18:36 2 komentarze
wtorek, 1 grudnia 2009
Gdyby wiara twa...
Ależ mnie dziś uroczy mały przypadek spotkał! Z gatunku owym małych, pozornie nieznaczących momentów, kiedy Bóg puszcza do nas oko, a nam serce rośnie, jakbyśmy wygrali fortunę i przeznaczenie i w ogóle wszystko co jest do wygrania :)
*
Otóż ostatnio, moi drodzy dzieje się. Jak ktoś mnie zna, to stwierdzi, że nic w tym nowego. Ale tym razem naprawdę się dzieje. Istnienie Patusi, różne rzeczy, które działy się w Izraelu, na Sukkot, na Konferencji Kobiet, na modlitwie o uzdrowienie, na Konferencji w Kielcach... I ognie, które Pan zapala w moim sercu każdego dnia na modlitwie... Zdarzenie na zdarzeniu, "przypadek" na "przypadku" - wszystko sprawia, że kwestie różne wiekopomne pęcznieją i dojrzewają do tego, aby podjąć czyn.
*
Brzmi pięknie, ale wszystko to wymaga więcej wiary, niż kiedykolwiek miałam do tej pory w swoim życiu. Na dodatek właśnie w tę niedzielę dzieliliśmy się na spotkaniu kościoła na temat wiary. I na temat tego, że dla Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego. I na temat tego, że On jest Naprawdę Naprawdę! I że można tego być całkiem pewnym! I że w Afryce i Azji jakoś częściej niż w Europie o tym wiedzą, ale że idzie napewno przełom dla Europy i może my też dowiemy się serduchem, że Bóg jest serio taki jaki jest - i wtedy dopiero się będzie działo!
*
I tak przyciśnięta do muru, dziś modliłam się bladym świtem, a nawet przed świtem, zawzięcie i desperacko o wiarę - dla mnie, dla Paci, dla naszego kościoła domowego, dla całego kościoła, dla Polski!!! Tymbardziej, że w Biblii przeczytałam o tym, jak to na końcu czasów będzie i jak wtedy naprawdę trzeba będzie wiedzieć w co wierzyć a w co nie.
*
W końcu przestałam się modlić i zaczęłam się krzątać, śniadanko etc, no i pokusiłam się, żeby wejść na facebook, a tam ktoś mi jakiś prezent przysłał. Zwykle takich nie przyjmuję, bo nie chcę mieć sześciuset aplikacji, ale tym razem patrzę - a przysłał mi ten prezent piękny człowiek, proroczy i cudowny, o niezwykłym sercu, oddany całym życiem Bogu... amerykański misjonarz mieszkający w Afryce. I otóż ten prezent co dostałam z Afryki, to nazywał się Dar Boży. A Darów Bożych jest bardzo dużo. Mógł mi przysłać Pokój, albo Radość, albo Miłość, albo Męstwo, albo nie wiem co jeszcze.
*
A on mi przysłał... Wiarę.
*
Ale numer. Modlę się o wiarę i potem natychmiast dostaję w prezencie Wiarę i to z Afryki!!!
*
No róbcie sobie co chcecie, ale ja to biorę. Biorę tę wiarę, potrzebną do tego, żeby zrobić to co leży mi coraz bardziej na sercu, a to co leży mi coraz bardziej na sercu, coraz bardziej określić można jako po prostu niemożliwe, a już szczególnie dla mnie :)
*
Kochani, módlmy się o wiarę. O poznanie Pana i o głęboką więź z Nim, które tę wiarę żywią. A wtedy zacznie się przełom dla tej naszej Europy. Zacznie się ode mnie i od ciebie - kiedy będziemy robić to, co po ludzku niemożliwe :)
Autor: MadziaMadzia o 19:04 2 komentarze
czwartek, 19 listopada 2009
Boży ogród
"Każda roślina, która nie została zasiana przez mojego Ojca, zostanie wyrwana z korzeniami" (Mt 15,13)
*
Zwykle te słowa budziły we mnie różne odcienie grozy, a obrazy, pojawiające się automatycznie w moich myślach na ich dźwięk wahały się od piorunów spadających z jasnego nieba po ogniste jezioro siarki.
*
Dzisiaj jednak, jak tylko przeczytałam te same słowa, w moim sercu pojawiła się nadzieja i radość. Zobaczyłam moje życie jako ogród, który należy do Pana. Jest on pełen różnorodnych i wspaniałych roślin, które cały czas uwielbiają Boga, tęsknią za Jego obecnością i rozkoszują się tym, że są pielęgnowane, zasadzone i zaplanowane przez samego Najwyższego.
*
Tu i ówdzie pojawiają się jednak rośliny, które szpecą ogród. Po niektórych widać od razu, że to nie chciane chwasty i szkodniki, które zabierają cenny pokarm i miejsce Bożym roślinkom. Bardzo chcę się ich pozbyć, ale ile bym nie wyrywała i wycinała, one wyrastają jeszcze mocniejsze, a im dłużej to trwa, tym większa moja frustracja i ból.
*
Jeszcze inni są całkiem podobne do Bożych roślin. Sama je zasiałam, bo rysunek na torebce tak bardzo przypominał coś, o czym kiedyś mówił Tata, a czego w moim ogrodzie jeszcze nie było. Niektóre roślinki są tu od tak dawna, że nigdy nie wpadłabym na to, że to nie Tata je zasadził. Że to pomysł, który pochodzi od ludzi. Nie zawsze potrafię je rozpoznać, odróżnić. A ja chcę, żeby mój ogród należał cały do Pana. I żeby urosła w nim każda dobra rzecz, którą Tata zaplanował.
*
I w tym momencie przychodzi obietnica. "Wszystko, czego Ja nie zasiałem zostanie wyrwane. Nawet jeśli tego nie rozpoznajesz. Wszystko, co nie Ja zasiałem zostanie wyrwane z korzeniami i już nie odrośnie, i będziesz od tego wolna".
*
Dlatego dziś modlę się z tęsknotą, ufnością i nadzieją o to, żeby Pan wyrwał z mojego ogrodu z korzeniami, to czego On sam nie zasiał. On będzie wiedział, to czego ja nie wiem. On będzie umiał to, czego ja nie umiem. Wiem, że czasem będę zaskoczona. Wiem, że czasem trzeba będzie rwać głęboko. Ale wiem, że Tata jest najlepszym ogrodnikiem i nie chce ogrodu zniszczyć, tylko uzdrowić - by twój i mój ogród oddawały były tak piękne, jak tylko mogą być.
Autor: MadziaMadzia o 07:51 0 komentarze
poniedziałek, 16 listopada 2009
Prawda o tobie?
Czytałam dziś na temat tego jak uczniowie Jezusa zrywali kłosy w szabat i o tym, jak strasznie oberwało im się z tego powodu od faryzeuszy. Jakoś dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek utożsamiłam się z tym, jak się wtedy musieli czuć. Wyobraziłam sobie uczniów, którzy z tego całego biegania za Jezusem zgłodnieli, zaczęli tracić siły i w związku z tym - o zgrozo!!! - wzięli i coś zjedli!
*
W tym momencie pojawiają się faryzeusze, osoby szanowane w społeczeństwie, budzące respekt a nawet nabożny lęk i czują nieodparte pragnienie, żeby wypowiedzieć się na temat ich wołającego o pomstę do nieba zachowania. Pałają świętym oburzeniem, wskazują palcami na odpowiednie fragmenty w Biblii i przywołują przykład pobożnych ludzi, którzy w życiu nie popełniliby takiego obrzydlistwa. Padają ostre słowa. Wzrok, mowa ciała, tonacja oskarżycieli sprawia, że uczniowie chcieliby zapaść się pod ziemię. Zaczynają gardzić sami sobą, a poczucie potępienia przybija ich niemal do ziemi. W ich sercach kiełkuje już wiara w to co najgorsze na swój własny temat. Nie Boża wiara, która ma moc skutecznie trzymać ich z dala od cudownych rzeczy, do których powołach ich Bóg.
*
Wtedy jednak spojrzeli na Jezusa. Jego wzrok wyrażał smutek i gniew. Ale to nie oni go zasmucili, tylko ich oskarżyciele!
*
Myślę, że wiem, jak ci ludzie się czuli zanim spojrzeli na Jezusa. Niestety, aż zbyt często sama tak się czuję. Dzięki Bogu, wiem już też, jak się czuli po tym, kiedy spotkali Jego wzrok i odkryli, że On ich nie potępia. Chciałabym częściej pamiętać o tym, żeby spojrzeć w Jego oczy.
*
Ten fragment bardzo mocno uświadomił mi, że Boże myślenie naprawdę jest tak bardzo inne niż ludzkie. Jego skala wartości i kryteria oceny są tak bardzo inne niż nasze. A nawet kiedy zasługujemy na krytykę i upomnienie, nastawienie Jego serca jest tak cudownie inne. On zawsze pragnie popychac nas do miejsca przebaczenia, przemiany i nie traci z oczu naszego potencjału i wspaniałego przeznaczenia, które ma dla nas.
*
Naprawdę już czas, napisałam sobie w moim kajeciku. Naprawdę już czas, żeby to co ludzie do mnie mówią, lub nawet te rzeczy, o których "wiem, że sobie myślą" przestały kształtować moje poczucie tożsamości, sposób postrzegania swojej osoby, czy to jak się sama ze sobą czuję. Naprawdę już czas, żeby poznawać i być pod wyłącznym wpływem tego, co myśli o mnie Bóg.
*
Tatusiu, daj mi serce otwarte na to, kiedy Ty sam dajesz mi słowo korekty przez inną osobę, ale proszę Cię o wolność od wpływu, jaki wciąż ma na mnie opinia innych ludzi. Daj mi patrzeć w Twoje oczy i odpoczywać w świadomości, że Ty jesteś najmądrzejszy, Ty wiesz najlepiej. A to, co Ty myślisz o mnie, jest nie tylko budujące, ale i prawdziwe. Nie tylko prawdziwe, ale i budujące.
*
Kocham cię Tato. Daj nam wszystkim więcej Twojej prawdy dzisiaj. Jesteś cudowny, a Twoja prawda uwalnia. Dotykaj nas prawdą i pięknem Twojej miłości. Amen
Autor: MadziaMadzia o 12:48 0 komentarze
czwartek, 12 listopada 2009
Piękno prostoty
Jakiś czas temu bardzo zapadły mi w serce następujące słowa Psalmu:
*
"Pan strzeże ludzi pełnych prostoty: byłem bezsilny, a On mię wybawił."
(Ps 116,6 Biblia Tysiąclecia)
*
Tymczasem nam tak bardzo ciąży to, jak bardzo skomplikowane jest nasze życie. Ja sama aż nazbyt często czuję się przytłoczona ilością ludzi, zadań, zobowiązań, o których czuję, że muszę pamiętać. Wynajduję coraz to nowe pomysły na to, jak się zorganizować. Kalendarze, listy rzeczy do zrobienia, tablice korkowe, kolorowe karteczki, przypominacze papierowe, elektroniczne, dźwiękowe i sama nie wiem jakie jeszcze. I tak wciąż nie mogę się połapać.
*
A tu nagle przychodzi takie Słowo. Że Pan strzeże człowieka pełnego prostoty. Który przychodzi do Niego, kiedy potrzebuje pomocy i doznaje Jego wybawienia. Proste.
*
Ktoś kiedyś powiedział, że to nie nasze życie jest skomplikowane, tylko nasze podejście do niego. Ilość czynności, którą wmawiamy sobie, że musimy wykonać. Ilość ludzi, którym wierzymy, że nie możemy odmówić. Ilość rzeczy bez których wydaje nam się, że nie możemy się obejść. Tak bardzo pragnę odłożyć to wszystko na bok i odnaleźć tę prostotę, którą znajduję w Jezusie i Jego życiu. Tę prostotę, którą On tak kocha i której pragnie nas nauczyć. Dlaczego tak trudno ją znaleźć, zdefiniować, zastosować? Czasem czuję się jakbym szukała jej w nieprzezroczystej wodzie i co wydaje mi się, że dostrzegam jej zarys i wyczuwam ją pod palcami, ona znowu się rozpływa i oddala... Prostota. Jak bardzo za nią tęsknię.
*
Nawet na modlitwie, w niektóre dni - o wiele częściej niż bym sobie życzyła - przytłacza mnie cała wiedza o modlitwie, którą nabyłam przez ostatnie dwadzieścia lat. Co dobry chrześcijanin powinien w każdej modlitwie zawrzeć. Jak się zwracać do Taty, do Jezusa i do Ducha Świętego. Kiedy związywać a kiedy gromić. Kiedy siedzieć cicho i czekać na Pana. Kiedy łamać, burzyć i ogłaszać. Co ogłaszać. Czego się wyrzekać... Ciągle się coś przypomina i zamiast przyjść z prostotą do Stwórcy, próbuję okiełznać i ogarnąć wszystkie reguły, zasady i konieczności.
*
Prostota. Tak bardzo za nią tęsknię.
*
Odwiedziła nas ostatnio pewna piękna chrześcijanka z Białorusi. Pracuje na codzień w stołówce, gdzie rozdaje obiady staruszkom, którzy prawie nic na tym świecie nie mają. Przyjechała spotkać się z konsulem, żeby móc pojechać na ślub do córki za wielką wodą. Była już w odpowiednich ambasadach w Kijowie i Petersburgu, gdzie otrzymała odmowę. Przyjechała więc z wielką walizką do Warszawy, gotowa do długiej podróży nad oceanem. "W Panu cała nadzieja" powiedziała, śmiejąc się. Modliło się za nią chyba pół świata. Latała, załatwiała, w międzyczasie opowiadała o wielkich i cudownych rzeczach, które Pan czyni dla tych, którzy pokładają w Nim prostą i dziecięcą ufność. Pomodliła się nad chorą Patusią, której gorączka natychmiast spadła z 38,5 do 37, a Patusia sama o mało z łóżka nie spadła z wrażenia. Dziewczyna już prawie rok należy do Pana, a mówi, że od nawrócenia to nic tak mocnego jej nie spotkało.
*
W poniedziałek rano ta piękna niewiasta zawitała do naszego domu, mając niewiele więcej poza prostą wiarą, że Bóg widzi serce matki, która pragnie błogosławić swoim dzieciom, a dziś, w czwartek, już jest u córki, tak daleko, że aż boję się o tym myśleć.
*
Tak sobie dzisiaj się modliłam. Panie zmiłuj się nad tą naszą Polską. Nad tą Europą. Z naszym wymądrzaniem się, pokładaniem ufności w sobie, w naszych planach i możliwościach. Z naszym poziomem edukacji i cywilizacji, z naszymi strategiami, taktykami, programami. Zmiłuj się nad nami i daj nam tę prostotę wiary, którą widzimy tym wyraźniej, im dalej od Zachodu. Daj nam prostotę w kościele, w domu, w pracy, w zwykły dzień i od święta. Prostotę wiary, prostotę życia, prostotę miłości. Daj nam przychodzić do Ciebie jak dzieci. Bez bagażu wiedzy, bez kombinacji. Zrób z nami coś, Tatusiu, żebyśmy pojęli nareszcie te rzeczy, które ty od wieków zakrywasz przed mądrymi i roztropnymi, a objawiasz prostaczkom. Amen.
Autor: MadziaMadzia o 14:43 1 komentarze





